Agnieszka Piksa, "Dziś-my wiemy", kolaż, 2013

REALNE KONSEKWENCJE ZACHCIANEK GŁOWY

Z Agnieszką Piksą, artystką i rysowniczką, nominowaną w tegorocznej edycji Spojrzeń, rozmawia Magda Roszkowska.

 

"stoję bokiem patrzę okiem odwróć tabele czarny koń na czele ręce to najuczciwsza część ciała prawdziwy słowianin płacze nie łzami lecz roztopioną skałą na perskie niebo niewiele się składa ot czarne oczy i lemoniada p.amiętaj s.łowa m.atki jeden ksiądz robi za 10 milicjantów...” – to fragment rubryki „o mnie” na twojej stronie, dalej jest też o interesach z Gruzinami, które przypominają wsadzanie sobie tarantuli w dupę, o tym, że Niemiec jest jak wierzba, a kiedy umiera stary człowiek, to tak, jakby płonęła biblioteka. Opis kończy sentencja naszego byłego prezydenta Lecha Wałęsy: „Ludzie nieraz odrzucają jedną nogę”. Co to za zbiór i czemu właśnie on najlepiej opisuje Agnieszkę Piksę?

W tym zbiorze kolejność nie ma znaczenia, bardziej liczy się rytm. To są zasłyszane przeze mnie bardziej i mniej znane powiedzonka, za pomocą których ułożyłam taki „pean na swoją cześć”. W ich przypadku ważne jest ucho, a nie treść, dlatego najlepiej czytać je na głos. Funkcjonują one jak przysłowia, tylko że na innych prawach albo nawet poza prawem, bo bywa, że tylko jedna osoba może się z nimi zgodzić. Na przykład porównanie interesów z Gruzinami do czynności wkładania sobie tarantuli w dupę wymyślił mój wujek, trochę Gruzin, który rzeczywiście w takie biznesy się wdawał, a potem nawet do Gruzji wyemigrował. W każdym razie logika była następująca: co usłyszałam, starałam się dopisywać, teraz wyczerpałam już limit 1000 słów, więc zapisuję gdzie indziej. Mam nawyk gromadzenia takich błyskotek i antybłyskotek, chociaż one czasem w ogóle nie są zaraźliwe dla innych.

Akurat moją uwagę przykuło zdanie: „ręce to najuczciwsza część ciała”. Uczciwsza od oka czy głowy albo tej nogi odrzuconej przez Wałęsę? Czemu?

Ręce służą, wykonują polecenia swojego zwierzchnika. Ręce i głowa są jak wojsko i jego król. To władca wysyła ludzi na wojnę, i trudno do końca obwiniać żołnierzy za to, co na wojnie wyprawiają. Ręce nie pracują dla swojego zysku, działają bezinteresownie, za to później najbardziej im się obrywa. Ponoszą realne konsekwencje zachcianek głowy, dla której każda myśl jest podobnym przeskokiem energii.

ilustracja: Agnieszka Piksa, dzięki uprzejmości autorki

Mam wrażenie, że wiele z twoich prac dotyczy języka, jego sposobu funkcjonowania jako transmitera wiedzy czy procesów myślenia. Myślę tu na przykład o rysunku Klar – Bezwład, na którym usiłujesz pokazać, jak poszczególne słowa / pojęcia sytuują się w odniesieniu do tytułowego przeciwstawienia i jednocześnie jak mają się do siebie. Mamy więc takie pary jak stróż – nocny marek, przypis – anachronizm, wspólnicy – ciżba czy przetwórstwo – defraudacja, z których pierwsze człony należą do królestwa klaru, drugie do bezwładu. Rysunek przedzielony jest strzałką symbolizującą upływ czasu, na którą z kolei nakłada się krzywa wędrująca od skupienia uwagi przez gromadzenie, organizację, by zaraz napotkać degenerację, amnezję i znów wejść w tryb klarowania przez odzyskiwanie i tak dalej. Język – twoim zdaniem – działa jak dobrze naoliwiona maszyna czy to raczej nasze mniemanie o nim, bo najczęściej rządzi nim właśnie bezwład? Jak postrzegasz te dwa językowe aspekty i skąd pomysł, by akurat tak je zobrazować?

Ja nieraz nie rejestruję słów pod kątem treści, ale ich innych właściwości, na przykład fizycznych, takich jak ciężar. Czasem odnoszę wrażenie, że jakieś słowo jest krytykujące tylko dlatego, że brzydko brzmi. Weźmy taką „zmarszczkę”, czy ona nie brzmi po prostu nieelegancko? Zresztą w tym diagramie, o którym mówisz, pojawia się przeciwstawienie plisa – zmarszczka, w którym ta pierwsza jest przedstawicielką królestwa ładu, a druga przynależy do terytorium bezwładu. Mimo że odsyłają do tego samego: płaszczyzny zagiętej, tylko że w pierwszym przypadku ona jest wynikiem świadomego działania krawieckiego, przyłożenia żelazka, a w drugim – efektem ubocznym niechcianych, podskórnych procesów biochemicznych, które gniotą ciało.

To jest trudne pytanie, czy język należy raczej do ładu, czy bezwładu – to pytanie, skąd on się w ogóle wziął? Może z melodii, bo przecież pierwsi ludzie porozumiewali się za pomocą dźwięków, którymi nie rządziły zasady gramatyki, a i tam funkcjonował jakiś wspólny ład. To zależy od tego, skąd patrzymy. Przecież języki wywodzą się z tak rożnych środowisk. Może gdyby jakiś kosmita przybył na Ziemię i posłuchał, w jaki sposób różne społeczności się porozumiewają, to wydałoby mu się to zupełnie niepraktyczne.

ilustracja: Agnieszka Piksa, "The process of life", 2014, dzięki uprzejmości autorki

Myślę, że to nawet nie musiałby być kosmita – gdybyś odwiedziła społeczność Indian Hopi, których język oparty jest właściwie tylko na czasownikach, też wydałoby ci się to niepraktyczne. Albo gdybyś usiłowała się nauczyć 100 określeń, jakich Eskimosi używają dla nazwania zwykłego śniegu…

No tak. Nazywając, zaczyna się zauważać niuanse, pewnie ten śnieg się zmienia w zależności od funkcji, stanu skupienia, oświetlenia. W filmie Jaskinia zapomnianych snów Wernera Herzoga narrator tłumaczy, że dawni ludzie postrzegali rzeczywistość w kategoriach płynności i jedności. Wszystko było dla nich jednym wielkim organizmem, zarówno materia ożywiona, jak i nieożywiona. Płynność oznaczała, że byty ziemskie pochodzą od siebie nawzajem i dlatego człowiek, choć może tego nie czuje, jest w drodze do stania się na przykład kamieniem lub drzewem. Właściwie język tamtego świata też mógłby obywać się bez rzeczowników, bo ich używanie byłoby wręcz zgodą na bycie permanentnie spóźnionym.

Podoba mi się to, co powiedziałaś o ciężarze i właściwościach fizycznych słów, bo to oznacza, że tworząc chmury pojęciowe czy diagramy, czyli rzeczy mocno abstrakcyjne, jednak próbujesz zwrócić honor materii i praktyce…

W pracy Klar – Bezwład inspiracją był dla mnie rysunek Oskara Hansena Forma Otwarta – Forma Zamknięta, na którym pokazane są wydarzenia z historii cywilizacji, które albo kierowały ją ku Formie Otwartej – strzałka w górę – albo ku Formie Zamkniętej – strzałka w dół. Ten wykres wymyśliłam na potrzeby wystawy Body in the Library w BWA Design we Wrocławiu, poświęconej bibliotece, relacji książka – czytelnik i fizyczności tekstów. Linia ciągła, wiodąca od koncentracji uwagi przez gromadzenie, organizację, degenerację, amnezję, odzysk i tak dalej, opisuje to, co dzieje się z bibliotecznymi zbiorami. Słowa towarzyszące okalającej wykres chmurze pochodzą z życia codziennego i są nacechowane tytułowym klarem lub bezwładem. Wybrałam pojęcia dotyczące cywilizacji, takie jak „przypis” kontra „anachronizm”. Nie ma tu słów typu „cytryna”. Przyroda tak nie wartościuje.

Agnieszka Piksa, "The process of life", 2014, dzięki uprzejmości autorki

Paradoksalnie by móc to działanie języka uchwycić, musisz posłużyć się innym kodem – rysunkiem, czyli myśleniem obrazowym. To jest bardzo ciekawe, bo na przykład wielu filozofów czy myślicieli często swoje wywody uzupełniało mniej lub bardziej udanym rysunkiem. Abstrakcja musi się w końcu zakotwiczyć w konkrecie. Jak w twojej praktyce twórczej te dwa porządki się przenikają? Czym są dla siebie nawzajem?

Według mnie nie ma tu żadnego radykalnego przejścia, po prostu jeśli bardzo skupisz się na jakiejś myśli, to ona zaczyna nabierać kształtów, „słowo staje się ciałem”. Obraz to stan wzmożenia, nasycenia porządku słownego. Dla mojego myślenia i działania pierwotny jest język, w pierwszym etapie pracy wcale nie jestem wzrokowcem. Najpierw w głowie pojawia się zdanie, a potem namysł nad tym, jak je potraktować – czy tylko jako punkt w przestrzeni, czy też rozłożyć je jak wachlarz, w którym pojawia się jakiś początek i koniec, a w grę zaczyna wchodzić narracja. I czy tę narrację trzymać w jednym kadrze czy puścić ją w ruch. 

Ja do przetwarzania rzeczywistości potrzebuję gadania, niekoniecznie swojego: dużo słucham radia, dobrze mi się zasypia na imprezach, gdy wokół toczy się pogawędka, wtedy tak błogo odpływam. Ta predylekcja do gwaru zaczęła się pewnie w dzieciństwie, bo wychowałam się jako jedynaczka i dużo siedziałam pod stołem, kiedy dorośli rozmawiali. Miałam zwyczaj rysowania tego, co mówią. Pogwar, który mogę bez konsekwencji puszczać mimo uszu, to jest chyba nadal moja wymarzona sytuacja społeczna.

No właśnie, jako dziecko miałaś też zwyczaj pisania niby-listów, czyli pozbawionych znaczenia bazgrołów, wychodząc z założenia, że listy powstają dla samej ornamentyki. Takie podejście do języka po części towarzyszy ci do dziś – na przykład w komiksie Rozmówki rumuńskie chodzi o rytm, melodię i wizualny aspekt, a nie o ich użyteczność. Albo w analizach słowa „nic” w czterech językach. Co daje ci ćwiczenie się w poczuciu językowej obcości? Jakie nowe rejestry pozwala to dostrzec?

Po Rozmówki sięgnęłam, wyjeżdżając do Rumunii na stypendium. Czytałam i przecierałam oczy ze zdumienia, bo żaden zwrot nie nadawał się do zapamiętania. Zdawały się pochodzić z jakiejś innej rzeczywistości, powiedzmy, że bardziej subtelnej. Na przykład wizyta u krawca: „Rękaw trochę ciśnie mnie w rękę”. U zegarmistrza: „Woda dostała mi się do zegarka”. Rumuński to jest język zbudowany na bazie tzw. łaciny chłopskiej i na wpływach słowiańskich. Tam, gdzie mieszkałam, było dużo Węgrów i trochę Sasów – stąd ta praca „nic” w czterech językach, bo „nic” u wszystkich brzmi podobnie. Może to się jakoś da wytłumaczyć? Zaangażowałam się wtedy w słuchanie, bo nic nie rozumiałam, byłam pierwszy raz samodzielnie za granicą.

Z listami było tak: rodzice i ich znajomi kończyli studia, coś pisali, zgarbieni przy oknie, nie mówili, nie ruszali się, to się wydawało nudne. Siedzicie tak tylko po to – myślałam – żeby stworzyć na kartce jakiś wzorek, szlaczek. Żeby zrozumieć ten stan, budzący litość i zazdrość, sama chciałam dostąpić wtajemniczenia i zaczęłam rysować szlaczki. Miałam nawet niezłe przeczucie, sądząc, że trzeba połączyć powtarzalność i rozmaitość.

Agnieszka Piksa, "Dziś my-wiemy", kolaż, 2013

Jednym z wątków, które pochłaniają twoją głowę, jest upływ czasu, a właściwie możliwości jego uchwycenia innego niż linearne. Jakie są na to sposoby? Jedną ze swoich wystaw zatytułowałaś Dylatacje – pokazywałaś na niej rysunki z różnych okresów, także te z dzieciństwa, między innymi wspomniane niby-listy. Czas jest według ciebie bardziej szczeliną niż linią? Co z tego wynika dla naszej codzienności, bo z perspektywy zdrowia psychicznego może to jednak fajnie, że jest liniowa?

Traktowanie czasu liniowo nie zawsze jest zdrowe, bywa zdradliwe, wbija nam do głowy złudzenie postępu, wzrostu PKB i w ogóle pędu naprzód. Usprawiedliwia różne egoistyczne świństwa. Formie Otwartej bliższy jest czas rozchodzący sie kręgiem, gdzie wszystko się powtarza i uzupełnia. Kto się urodził, ten umrze. Słyszałam, że ponoć dzieci w hollywoodzkiej podstawówce jako antonim młodości podały śmierć, nie starość – czy to nie jest trochę straszne... 

Żeby oddać sprawiedliwość kołu i zaznaczyć rezerwę wobec linii, czasem mam ambicje rysowania historii zupełnie nudnych, bez wstępu czy kulminacji. Przykład: na prostokątnej kartce podzielonej na trzy części widok domu, do którego następnie ktoś wchodzi, a wewnątrz zauważa huśtające się małpki na żyrandolu. Nic istotnego się tu nie wydarzyło, nic też się nie stanie, gdy historię tę przeczytamy na odwrót, bo każdy moment jest równie ważny. To jest antysensacyjne. I takie ma być. 

Sam termin "dylatacja" może oznaczać różne rzeczy – na przykład różnice w pomiarze czasu w dwóch różnych układach odniesienia – dla mnie istotne było rozumienie go jako szczeliny w konstrukcji, bo to odnosi się do budowy komiksu. Różnica pomiędzy rysunkiem i komiksem jest taka, że rysunek jest już wszystkim, co konieczne do zobaczenia go, a komiks istnieje po części w sposób niewidzialny, bo zawartość szczeliny trzeba sobie wyobrazić. W filmie oczywiście też są „szczeliny techniczne”, choć reżyser czy montażysta nie uwzględnia tych mikronicości jako odczuwalnych. Tylko w komiksie one są tak zmaterializowane. 

Ale łączenie wizualności z językiem nie występuje u ciebie tylko w komiksach, bo intensywnie pracujesz też z diagramami. Jak w twoim przypadku przebiega praca nad ich tworzeniem? Czemu akurat te, a nie inne idee decydujesz się „diagramatyzować”?

Diagramy zaczęłam kreślić na warsztatach komiksowych w Stalowej Woli. Mieliśmy tam zapewnione oprowadzanie po hucie i inne atrakcje, ale w pewnym momencie zorientowałam się, że nie mam żadnej historii do opowiedzenia, tylko zbitki słów, które utkwiły w pamięci. Narysowałam żeńskie i męskie twarze według nazw technicznych. Na przykład „wytyczna” to była kobieta, a „bieżnik” mężczyzna i one sobie odpowiadały kształtami, sposobem dzielenia linii. Rysowanie tego niekomiksowego komiksu uwolniło mnie od przyzwyczajeń, bo okazało się, że nie trzeba opowiadać żadnej historii i że można wytworzyć takie napięcie pomiędzy kadrami, które płynie w sposób stały, nie skokowy.

Te diagramy to nie jest jakaś poważna praca, one nie przedstawiają ogólnego prawa, raczej mnie samej pomagają unaocznić pewne kwestie. Dla kogoś z zewnątrz pewnie bardziej produkują bałagan, choć nie po to się gatunek diagramu pojawił. Może są takim żartem, w którym „prawidła” same do siebie puszczają oko. Ja nimi porządkuję impresje, nadaję obiektywności subiektywny porządek, który w tym jednym przypadku jest sprawdzalny.

Często praca nad komiksem czy ilustracją zaczyna się u ciebie od tekstu literackiego albo czyjejś wypowiedzi: np. w komiksie zrealizowanym na potrzeby wystawy Oczy szukają głowy do zamieszkania wykorzystałaś zapiski Strzemińskiego, dość nieoczywiste jak na niego. Innym razem usiłowałaś stworzyć mapę pojęć, jakimi posługiwał się Ernst Junger w swoim prywatnym dzienniku Promieniowania. Jaki element do literatury, czy w ogóle tekstu, wnosi tworzona przez ciebie warstwa wizualna? Czym kierujesz się przy wyborze tekstów?

Szukam wewnętrznych konfliktów, na przykład między treścią a stylem. W zapiskach Jungera uderzyło mnie, że mówią o strasznych czasach wyważonym i spokojnym tonem – on zdaje relację z tego, co się zdarzyło, o kim pomyślał, a od konkretów dochodzi do abstrakcyjnej refleksji. Interesowały mnie zdania, w których bóle rzeczywistości zderzają się z wymiarem duchowym, geometrycznym czy wręcz idealnym. Na przykład: „Mieszczuch wzbrania się przed stanięciem z czymś takim – fragment abstrakcyjny – twarzą w twarz – fragment konkretny”. Tworząc ten wykres, chciałam wejść w tekst tak, jakbym sama go pisała. Cofnąć czas.

Ze Strzemińskim było tak, że natrafiłam na fragment, w którym mówi on z emfazą, jak prorok, ale jakby nie stąpał zbyt twardo po ziemi. Wielki wróg surrealizmu dokonuje autodemaskacji jako najpierwszy z surrealistów, bo gotowy jest surrealizm wprowadzać w rzeczywistość. Technicznie ten komiks jest kolażem – moją furtką do kręcenia filmu. Nie mam warsztatu, ekipy i sprzętu, ale odpowiednio montując materiał, mogę stworzyć złudzenie „nagrywania”, bo to przecież zdjęcia, zdjęcia mówią prawdę, jak im nie uwierzyć? Nieważne, że to kosmos czy dalekie kraje, w których nigdy nie byłam.

Bardzo podoba mi się twój komiks występujący w obronie przedstawicieli obcych cywilizacji we wszechświecie, w nim też jest dużo kolażu. Rzeczywiście, kulturowy wizerunek kosmitów nie jest najlepszy: nieustannie zagrażają ludzkości, chcą ją zniszczyć, a w najlepszym przypadku opanować. Praca pokazywana była na Biennale w São Paulo w 2014 roku. Opowiedz proszę o tym projekcie, kto jest jego narratorem?

Tekst powstał jako parodia domowego filozofowania, napisał go Vladimir Palibrk. Ale dotknął ważkich spraw, bo mówiąc „alien” – „obcy”, niekoniecznie opisujemy kosmitów. 

Cała publikacja jest taka właśnie śmieszno-straszna. W jednym odcinku bohater tak rozwlekle zastanawia się, czym jest przemijanie, analizuje „koło życia”, wędrówkę bytów od prostych do złożonych... aż dzień mu mija. Jego niewypowiedziane imię to Gvozden, dawniej bardzo popularne w Jugosławii, a teraz obciachowe. Oznacza „człowieka z żelaza”, a kojarzy się z gvozdarą, czyli sklepem żelaznym. Pod koniec książki widzimy, jak śni mu się, że Bóg napisał do niego list z propozycją zatrudnienia na stanowisku niebieskiego ambasadora w Piekle. List opisuje kontrole i procedury wizowe, jakich Gvozden będzie pilnował, i inne ustalenia. Gvozden, „jako urodzony dyplomata”, uśmiecha się przez sen do swojego przyszłego projektu – Unii Piekła i Nieba. Choć „nie wie, jak jego pracodawca się do tego odniesie”. Też bym nie wiedziała. (śmiech)

 

Agnieszka Piksa (1983) – studiowała grafikę na ASP w Krakowie i UAD w Klużu-Napoce. Zajmuje się rysunkiem i komiksem. Jej prace były publikowane w Rosji, na Bałkanach, w Portugalii, w Stanach, Kolumbii i Brazylii. W 2014 nakładem Fundacji Biennale w São Paulo ukazała się jej nowela graficzna It’s just the spin of inner life/ To tylko wiry życia wewnętrznego. Mieszka w Krakowie.