fot. Justyna Chmielewska

Żeby zlikwidować chaos, potrzebujemy nowego modernizmu

Z Joanną Kusiak o chaosie, Warszawie i konfliktach o przestrzeń miejską rozmawia Kuba Snopek.

Kuba Snopek: „Chaos” to w twojej książce[1] słowo-klucz. Co ono właściwie dla ciebie oznacza?

Joanna Kusiak: Było punktem wyjścia dla tej książki, a zarazem metodologiczną furtką. Słowo „chaos” wciąż powraca podczas naszych debat o mieście. Pojawia się i w poważnych kontekstach, i w mowie potocznej. W hip-hopie, w felietonach prasowych, ale też na przykład w Koncepcji Przestrzennego Zagospodarowania Kraju czy w ministerialnych dokumentach, od których wymaga się pewnej powagi.

KS: Co ono tak naprawdę oznacza?

JK: Nic. To typowe puste znaczące, na które każdy sobie projektuje własne wyobrażenia. „Chaos” to symptom, a nie opis problemu. Czujemy, że z przestrzenią miejską jest coś nie tak, ale nie wiemy dokładnie co – i wtedy mówimy, że panuje chaos. „Chaos” nie jest pojęciem naukowym i niczego nie wyjaśnia. A jednak słowo to ma w naszej debacie pewne bardzo istotne funkcje.

KS: Jakie? O czym właściwie mówią Polacy, gdy mówią o chaosie?

JK: Mówią o przestrzeni i władzy – często się słyszy, że chaos „rządzi” przestrzenią. Mówiąc o chaosie, sygnalizujemy nasze wyobcowanie od sposobu, w jaki wytwarza się w Polsce przestrzeń miejską. I że źle się czujemy w tej przestrzeni.

„Chaos” to takie słowo, które jest zamierzone jako systemowa krytyka miasta – w istocie jednak osuwa się w zwykłe narzekanie. Wbrew pozorom nie mówię tego czysto negatywnie – odwołuję się do tradycji filozoficznej, która uznaje narzekanie za prawomocny tryb epistemologiczny. Jego filozoficzna wartość polega na tym, że ono nigdy nie dotyczy jakiejś konkretnej rzeczy, tylko zawsze całości systemu. Nie narzekamy po prostu na brak podatku katastralnego albo reprywatyzację, na to, że jest brzydko czy że wisi wielki bilbord. Za każdym razem, kiedy mówimy: „ten chaos”, to znaczy, że stoi za tym coś więcej.

Na jednym z forów internetowych znalazłam taki wpis: „Tak na serio to będzie w Polsce całkiem fajnie pod względem wizualnym za jakieś 10 lat. Chaos będzie nadal po prostu okropny, ale dużo bardziej zadbany”. No właśnie – nawet jeśli na powierzchni miasto jest stopniowo modernizowane i uładzane, nie wierzymy, że systemowy chaos zniknie. To nie tylko brzydka powierzchnia. Bo nawet jeśli trochę uporządkujemy miasto, to fundamentalny problem z jego organizacją wciąż pozostanie.

KS: Skąd się ten chaos wziął?

JK: Jego praźródłem w Polsce jest fundamentalne niezrozumienie porządku globalizacji przez terapię szokową i większość naszych transformacyjnych reform. Ja postrzegam transformację ustrojową nie jako regionalny problem Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, ale jako element szerszego procesu – globalizacji. Globalizacja to, mówiąc najprościej, wewnętrzna reorganizacja kapitalizmu: zmniejsza się rola państw narodowych, natomiast rośnie znaczenie organizacji ponadnarodowych (czy chodzi o Międzynarodowy Fundusz Walutowy, czy o wielkie korporacje) oraz miast i regionów. To właśnie wraz z globalizacją przyszła idea współzawodnictwa miast.

Na zachodzie Europy odpowiedzią na globalizację było wzmacnianie miast i regionów po to, by mogły z jednej strony bronić się przed naciskami wielkiego kapitału, z drugiej zaś przechwytywać go i kierować nim dla własnego rozwoju. Metaforycznie mówiono o tym jako o „uzbrojeniu terenowym miast” pod globalizację. U nas stała się rzecz odwrotna: w trakcie transformacji i wejścia do UE, kiedy presja kapitałowa na polskie miasta była największa, my osłabialiśmy je różnymi nieudanymi reformami, aż miasto właściwie zniknęło jako podmiot regulacyjno-administracyjny. Dlatego najbardziej atrakcyjne tereny w centrum Warszawy zostały skolonizowane przez międzynarodowy kapitał – wyrosły tam centra handlowe i biurowce. To globalna architektura, jednak często o obniżonej jakości. Niemieccy inwestorzy otwarcie przyznają, że centra handlowe, które wybudowali w Polsce, u nich nie spełniłyby standardów jakości. Pomiędzy nimi zaś, szczególnie na obrzeżach Warszawy, rozkwitają bardziej idiosynkratyczne formy przestrzenne, którymi rządzi tak zwany kapitalizm polityczny.

KS: Co to jest?

JK: Nawiązuję tu do pojęcia zaproponowanego przez Jadwigę Staniszkis, która używała go do opisu uwłaszczenia się nomenklatury komunistycznej na prywatyzacji przedsiębiorstw. Chodzi o taką formę kapitalizmu, w której zdobycie kapitału pierwotnego zależy od powiązań politycznych. Tylko że w przeciwieństwie do tego, o czym mówiła Staniszkis, kapitalizm polityczny związany z wytwarzaniem w Polsce przestrzeni miejskiej i podmiejskiej nie jest domeną aparatczyków byłego systemu. Współtworzą go demokratycznie wybrane władze samorządowe, które mają całkowitą władzę planistyczną – czyli wydają pozwolenia na budowę. Przy tym wcale nie zawsze chodzi tu o korupcję. Samorządy są strukturalnie niedofinansowane, a spekulacja wartością ziemi jest najprostszą metodą łatania dziur budżetowych. Taka logika wytworzyła dziwne formy przestrzenne, które stały się typowe dla polskich miast.

KS: Na czym polega unikatowość form przestrzennych wygenerowanych przez polski kapitalizm polityczny?

JK: Formy te nie są zaplanowane z góry, tylko raczej indywidualnie negocjowane. Jest to więc zabudowa z definicji rozproszona i powstająca w przypadkowych miejscach. Jednym z jej wielkomiejskich typów jest tak zwana architektura spadochronowa, czyli budynki, które są zupełnie niepowiązane z otoczeniem i wyglądają, jakby zostały „zrzucone” na miasto. Poświęcona temu była nawet jedna z edycji festiwalu Warszawa w Budowie – za paradygmatyczną przestrzeń architektury spadochronowej uznano wówczas ulicę Puławską. Takie „zrzucane” obiekty mogą mieć ogromną skalę – ja za przykład architektury spadochronowej ewidentnie uznałabym także wielkie grodzone osiedle Marina Mokotów. Powstało na podstawie „wuzetki” na klinie napowietrzającym, w sprzeczności z planem – dowiedziono tego nawet w sądzie, ale w międzyczasie Marina zdążyła już stanąć.

Inną formą kapitalizmu politycznego jest reprywatyzacja, która – jeśliby myśleć o niej w kategoriach czysto urbanistycznych, pomijając na chwilę jej brutalność społeczną – wytworzyła nietypową logikę przestrzenną gentryfikacji. W miastach „starego” kapitalizmu, czy to w Nowym Jorku, czy w Berlinie, procesy gentryfikacyjne postępują bardzo systematycznie: ulica za ulicą, działka za działką, blok za blokiem. Dlatego geograf Neil Smith pisał o „rubieży gentryfikacyjnej”.

U nas gentryfikują się nie całe kwartały naraz, ale pojedyncze, niekiedy znacznie oddalone od siebie budynki. Ich wybór nie jest jednak przypadkowy. Przejęcie starego, niewyremontowanego domu, wyczyszczenie go z lokatorów, odremontowanie i sprzedanie mieszkań po zawyżonej cenie jest zawsze poprzedzone zbieraniem wrażliwych danych. Dlatego nazywam to „gentryfikacją dronową”. Trzeba zebrać informacje, kupić roszczenia, dogadać się ze spadkobiercami lub podstawić fikcyjnego kuratora. Nie wystarczy mieć pieniądze, trzeba jeszcze mieć know-how. Podobny schemat reprywatyzacjo-gentryfikacji działa na przykład w Bukareszcie.

Inną formą kapitalizmu politycznego jest słynna już urbanizacja łanowa, czyli zabudowywanie łanów rolniczych architekturą o charakterze miejskim. W Polsce działki rolne są najczęściej podłużne i ułożone pod kątem względem drogi. Oryginalnie ten kształt miał służyć temu, by podczas orania pola koń rzadziej musiał zawracać, nachylenie działki również miało ułatwiać orkę. Gdy synowie chłopa dziedziczyli ziemię, takie pasy ziemi rolnej były dzielone i stawały się coraz węższe. Jeśli popatrzymy na mapę bliskich okolic Warszawy z lat 40. i 50., zobaczymy, że królowały tam właśnie takie podłużne działki. Dziś na nich buduje się miasto.

Oczywiście, żeby wycisnąć z takiej działki kapitał, trzeba ją najpierw odrolnić. Jeśli odbywałoby się to według merytorycznych reguł planowania urbanistycznego, działki należałoby najpierw scalić, a następnie podzielić na nowo, rozdając właścicielom kawałki o tej samej wielkości, ale innym kształcie. Tak tworzy się miejską sieć ulic. W Polsce samorządy panicznie boją się scalać grunty, bo ideologicznie kojarzy się to z wywłaszczeniem i wymaga nakładów finansowych. Żeby wydzielić ulice, trzeba by było wypłacić rekompensaty. Znacznie łatwiej jest po prostu postawić coś na działce o nietypowym kształcie. W Warszawie najdziwniejszym rezultatem takiego działania jest dom przy ulicy Odkrytej 55. Gdy spojrzy się na niego z jednej perspektywy, wydaje się wąskim, pionowym klockiem. Gdy patrzymy z boku, okazuje się, że jest to bardzo długi, wąski apartamentowiec. Dzięki tej dziwnej formie udało się wycisnąć z tego łanu maksymalną ilość tak zwanych PUM-ów – powierzchni użytkowej mieszkań, czyli tego, na czym deweloper zarabia.

W szerszym kontekście zabudowa wytworzona przez kapitalizm polityczny ma charakter stochastyczny, czyli zależy przede wszystkim od czynników losowych. W planowaniu przestrzennym zawsze pewną rolę odgrywają czynniki losowe, takie jak kształt i lokalizacja działki, charakter jej otoczenia, prywatne plany właściciela czy naturalne ukształtowanie terenu. Rolą planowania przestrzennego jest porządkowanie tych czynników, nakładanie na nie jakiejś nadrzędnej logiki. Tymczasem w Polsce nawet plany zagospodarowania przestrzennego często powstają ze względów spekulacyjnych.

To wydaje się bardzo ciekawe w kontekście specustawy mieszkaniowej, którą niebawem zamierza wprowadzić rząd. Jej autorzy wychodzą z założenia, że mieszkań nie ma, bo brak pod nie terenów – dlatego trzeba umożliwić deweloperom budowanie w dowolnym miejscu. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie! Polska jest przeplanowana. Jak pokazują wyliczenia Jacka Kozińskiego, wszystkie plany miejscowe wzięte razem przewidują zakwaterowanie w Polsce 77 milionów ludzi, a wszystkie studia uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego przewidują pod zabudowę tereny, które wystarczyłyby nawet dla 316 milionów mieszkańców, prawie tyle, ile liczy populacja USA. A w to nie wchodzą jeszcze wuzetki! Więc plany są, tylko nie można liczyć na ich jakość.

KS: Innym elementem chaosu, o którym dużo piszesz w książce, jest reprywatyzacja. Czyli, patrząc szerzej: kwestia własności. W planowaniu przestrzennym własność jest absolutną podstawą, lecz w Polsce pozostaje ona nieuregulowana – to dodatkowy element wzmagający chaos.

JK: Kluczowe dla debaty o własności w Polsce powinno być zrozumienie, że własność miejska, a szczególnie w Warszawie, jest od XIX wieku przedmiotem poważnego społecznego konfliktu. Warszawa w XIX wieku była zagęszczona do granic możliwości, brakowało terenów publicznych. Dlatego w dwudziestoleciu międzywojennym Stefan Starzyński prowadził tak zwaną akcję terenową, czyli duży program wywłaszczeń, którego celem było uzupełnianie niedoboru terenów publicznych. Dzisiejszy konflikt reprywatyzacyjny to nie tylko kwestia tak zwanego dekretu Bieruta – trzeba wziąć pod uwagę, że akcja Starzyńskiego była jej ideową poprzedniczką i nawet bez wojny i zniszczeń kwestia wywłaszczeń prędzej czy później musiałaby się pojawić. Dekret Bieruta był tylko jakąś tam odpowiedzią na konflikt, który rozpoczął się znacznie wcześniej. Możemy się z nią nie zgadzać – ale nie możemy ignorować całości konfliktu społecznego, w jakim ten problem jest zanurzony. Ten kluczowy spór o własność nigdy nie został politycznie rozsupłany, ani nawet nie wybrzmiał w czasach demokracji.

KS: Dlaczego mielibyśmy się zajmować tym konfliktem?

JK: Rolą konfliktów w demokracji jest wypracowywanie norm społecznych. Tymczasem złożony spór o własność ziemi w mieście został nam de facto ukradziony przez system sądowniczy. Parlamentarzyści nie mogli zgodzić się na wprowadzenie ustawy reprywatyzacyjnej również dlatego, że żaden z projektów nie oddawał sprawiedliwości wszystkim stronom konfliktu. Nagle, w dość tajemniczych okolicznościach, reprywatyzacja zaczęła się dokonywać w sądach. Innymi słowy, konflikt o własność został bez demokratycznej zgody przetłumaczony z języka politycznego na język technikaliów prawa. Tymczasem reguły sporów sądowych są z natury wykluczające.
Dopóki my jako społeczeństwo nie odzyskamy tego konfliktu i nie wykorzystamy go, dopóki nie ustalimy między sobą, jaką rolę przyznajemy własności publicznej i prywatnej w mieście, dopóty nie będzie planowania miejskiego z prawdziwego zdarzenia. Nie rozwiążemy większości tych problemów, które nazywamy chaosem. Pomyślmy: jeżeli na przykład chcielibyśmy teraz na Białołęce zapewnić kompleksową infrastrukturę, nie obyłoby się bez wywłaszczeń. Jeśli chcielibyśmy stworzyć sprawnie funkcjonujący system mieszkań na wynajem, nie obejdzie się bez odpowiedzi na pytanie, jak potraktować niespłacone kredyty mieszkaniowe frankowiczów. Czy bylibyśmy gotowi skomunalizować te mieszkania i oddać je ich mieszkańcom pod bezpieczny, chroniony prawem wynajem?
Dopóki pytanie o własność nie zostanie postawione w kontekście miejskiej sprawiedliwości przestrzennej, trudno będzie uniknąć chaosu. W tym sensie sądzę, że może za popularnością słowa „chaos” kryje się także nasz lęk przed zdjęciem z piedestału ideologicznej świętej krowy, jaką jest w Polsce własność.

KS: Co musi się zdarzyć, żeby chaos zniknął?

JK: Potrzebujemy zupełnie nowej koncepcji własności. To jest zadanie, od którego później zależeć będą wszystkie dalsze formy planowania. W tym sensie potrzebny jest nam jakiś nowy, odważny model. Ostatnim systemem urbanistyczno-architektonicznym, który miał odwagę myśleć kompleksowo o porządku społeczno-polityczno-przestrzennym, był modernizm. Pytanie: czy my mamy odwagę stworzyć nowy, inny modernizm?

 

 

bio
Joanna Kusiak – socjolożka i badaczka miast, prowadzi interdyscyplinarne badania na pograniczu studiów miejskich, teorii krytycznej i socjologii prawa, związana z King’s College (Cambridge). Wcześniej pracowała m.in. na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley i Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie; doktorat obroniła na Politechnice w Darmstadt. Współredaktorka książek Chasing Warsaw. Socio-Material Dynamics of Urban Change after 1990 (2012) i Miasto-Zdrój. Architektura i programowanie zmysłów (2014). W marcu nakładem Wydawnictwa Bęc Zmiana ukazała się jej książka Chaos Warszawa.

 

[1] Joanna Kusiak, Chaos Warszawa. Porządki przestrzenne polskiego kapitalizmu, Wydawnictwo Bęc Zmiana, Warszawa 2018.