Non stop restart

Z Wojtkiem Kucharczykiem, o jego wystawie CZY TO SEN, CZY JAWA?! NIE, TO SUMATRA!, stanowczo jednym z hitów tegorocznej edycji Warsaw Gallery Weekend, rozmawia Bogna Świątkowska.

Wojciech Kucharczyk, Matryca, 1995, dzięki uprzejmości artysty i Galerii Szara 


Kiedy tutaj szliśmy, a rozmawiamy w parku, powiedziałeś o swojej wystawie, którą można oglądać w ramach tegorocznego Warsaw Gallery Weekend, że cały czas próbujesz zrobić…

Restart. (śmiech)

Tak! Co to znaczy?

Coraz częściej myślę, że mniej więcej od dwudziestu lat, czyli od początku tego wieku, próbuję nieustannie dokonać restartu, wrócić gdzieś tam ze swoją twórczością muzyczną, wizualną, literacką też się zdarza. Odświeżam coś w jednej dziedzinie, później w innej, czasem staram się to połączyć. Niedawno zaliczyłem też mocniejszy powrót do teatralnych działań, które są świetną wypadkową wielu dziedzin. A że lubię je ze sobą łączyć, jakiś rodzaj teatru wydawał mi się adekwatny. Od kilkunastu miesięcy wszystko dąży do większego i poważniejszego restartu, w którego zaistnienie zechciały się włączyć rozmaite osoby. Tym razem nie jest to tylko na moich barkach. Czuję, że mam poważne wsparcie. Przyjacielskie, ale też profesjonalne.

Jesteś postacią barokową, osadzoną w wielu gatunkach i formach działania artystycznego. Jesteś grafikiem, muzykiem, producentem, wydawcą, jesteś…

Też kuratorem, współorganizuję festiwal. No tak, jest tego dużo.

Dużo? Bardzo dużo! Zamykanie cię w jakiejś kategorii zupełnie nie ma sensu. Kiedy więc okazało się, że Galeria Szara przygotowuje twoją wystawę, to pierwszym pytaniem, które przyszło mi do głowy, było: co z twojej przeintensywnej pracy wejdzie w jej zakres? Czy to będą nowe prace? Czy to będą jakieś wyciągnięte z szuflady i z szafy prace z przeszłości, na które dziś można spojrzeć świeżym okiem? Czy to jest tylko o twoich wizualnych działaniach artystycznych, czy też potraktujesz to interdyscyplinarnie, komponując jakąś operę?

Tym razem opery nie będzie. Ale nawet jeżeli chcę oddzielić od siebie dziedziny, to jest to trudne. Odkąd świadomie zajmuję się działaniem twórczym, a jest to już kilkadziesiąt lat, staram się walczyć z pojęciem dziedziny, szufladki i stylu. One zawsze ograniczają. Czasem są przydatne jako narzędzia, ale generalnie czynią nasz świat uboższym. Pomiędzy sambą a bossa novą jest rozległy obszar, podobnie jak między ksero kolorowym, a ksero czarno-białym. Te luki bardziej interesują niż nazwane całości.

To widać dobrze w cyklu Fulguryty z pierwszej połowy lat 90. XX wieku – tym, który prezentowany jest na wystawie.

Decyzja powstała na drodze trochę dyskusji, a trochę głosowania. Chciałem oczywiście pokazać na wystawie nowe rzeczy, bo wydawało mi się, że tak będzie najzabawniej. Potem był pomysł, żeby remiksować jakieś stare prace, których wiele się dziś po prostu rozpada. W końcu stanęło na tym, że kuratorki wybrały cykl Fulguryty. To są po prostu unikatowe ksera kolorowe, numerowane, druk płaski. Kolorowe ksero w pierwszej połowie lat 90. to był absolutnie nowy wynalazek. Było to coś totalnie hajtekowego, nowe medium. To się działo jeszcze przed internetem. I żeby uzbierać pieniądze na skopiowanie jednej pracy na ksero, trzeba było sobie odjąć kilka śniadań. Ksero nie było wtedy tym, czym jest teraz. Kiedy w cudowny sposób dostałem na jakiś czas dostęp za darmo do tego kolorowego ksera, poświęciłem naprawdę spory wycinek swojego życia, żeby zgłębić tajemnice tej maszyny i tej technologii. Zrobiłem kilkaset prac, które najpierw były robione ręcznie: różnego rodzaju rysunki, kolaże, najróżniejsze połączenia. Następnie wszystko to kserowałem. I ten cykl jest właśnie efektem niemal dwuletniego działania.

Wojciech Kucharczyk, Matryca, 1995, dzięki uprzejmości artysty i Galerii Szara.

Jesteś artystą, którego dorobek – jeśli dobrze zanalizowany – może być bardzo interesującym przyczynkiem do dyskusji o niezależnej twórczości w okresie transformacji. W jaki sposób z kolektywnej kontrkultury lat 80., buntu okresu peerelowskiego, przeszliśmy – bo ja też jestem z tego pokolenia – do wykorzystywania okazji, jakie dawała nowa sytuacja, która często była zaproszeniem do przygody. Na przykład do wykorzystania ksero kolorowego. Miałeś zawsze – mnie się przynajmniej tak wydawało z oddali – bardzo dużą łatwość we wskakiwaniu na barana wynalazkom technologicznym, które nie były bardzo drogie i bardzo niedostępne, a były akurat w zasięgu możliwości. Potrafiłeś sprytnie je włączyć do swojego działania, czy to robiąc muzykę i dystrybuując ją na świecie, czy też w pracach wizualnych.

Niejednokrotnie na własne potrzeby zastanawiałem się nad swoją twórczością w ten sposób. To, co ja robię, nie jest tak naprawdę bardzo odkrywcze. Jest notowaniem codzienności. Przyglądaniem się i często cytowaniem, zapożyczaniem. W muzyce to może być samplowanie czyichś utworów. Czy korzystanie z gotowców z internetu, z darmowego oprogramowania dostępnego dla wszystkich. Wtedy to mogło być na przykład wycinanie twarzy z banknotów, które akurat się zdewaluowały. Świetnie się nadawały i były za darmo, a przy okazji była za nimi jakaś konkretna historia. I tym podobne sytuacje. Może więc moja pozycja jest tylko pozycją bacznego obserwatora. Nie wiem. Trudno jest to samemu analizować.

Wojciech Kucharczyk, Globus, BYĆMOŻEJESTEMCHORY?, obiekt, 1999, dzięki uprzejmości artysty i Galerii Szara

Przy okazji selekcji na wystawę musiałeś na nowo oglądać swoje stare prace. Czy to była męka?

(śmiech) Męka? Już tyle czasu upłynęło, że ja je oglądam, jakby to były prace kogoś innego. 

Zapomniałeś je?

Tak, w większości zupełnie zapomniałem. Niewiele jest takich, których bym się wstydził, bo na przykład padają jakieś słowa z popkultury, które już dzisiaj nic nie znaczą, albo na przykład okazało się, że są obraźliwe. Albo fragmenty jakichś tekstów, które z kolei co innego już znaczą, czy pewne symbole, czy właśnie te sample wizualne z różnych sfer życia. One też dzisiaj znaczą co innego. Plus ja przez te 20 lat zbierałem doświadczenie, więc też widzę rzeczy inaczej. Kilka prac nadal uważam za całkiem sprytne i myślę, że teraz oceniam je wyżej niż wtedy, kiedy powstały. Bardzo wcześnie, bo już w połowie liceum plastycznego, zacząłem pracować cyklami. Wyznaczałem sobie temat i czas albo format, w jakim coś się miało wydarzyć. Miałem zasadę, że codziennie musi powstać przynajmniej jedna praca. Do dzisiaj mam wiele z nich, są rodzajem pamiętnika. W kontekście muzyki to będzie łatwiej zrozumieć: ja wolę, nazwijmy to, koncept albumu od singla. Doceniam absolutnie single i podejrzewam, że w historii muzyki single są ważniejsze niż albumy, ale wygodniej mi się pracuje, kiedy mam początek, rozwinięcie i koniec. Podobnie jest z pracami wizualnymi, m.in. w cyklu Fulguryty. Fulguryt to zjawisko geologiczno-fizyczne. Jeżeli piorun uderzy w piaszczysty grunt o odpowiednim składzie, to tworzy się taki negatyw błyskawicy pod ziemią. Bardzo mnie zafascynowało, że otrzymujemy jakby skamieniały piorun, który ktoś czasem ma szczęście znaleźć w ziemi. Wykopuje i ma takie drzewko, które jest zamrożoną błyskawicą, skamieniałym wyładowaniem elektrycznym. I ten negatyw-pozytyw, nad ziemią-pod ziemią – to mi się skojarzyło z odbijaniem grafiki. Pozytyw-negatyw, przed-za lustrem, za szybą – takie proste rzeczy. Pracowałem wokół tego tematu, a przy okazji miałem ten pomysł. Bo istotne przy Fulgurytach jest to, że to nie jest tylko spłaszczenie pracy poprzez ksero kolorowe. To jest zawsze odbite jeszcze w negatywie. Robiąc pozytywy ręcznie, starałem się tak ustawić kolory, żeby osiągnąć coś w negatywie. Chciałem, żeby większość tych prac była w tonacji czarno-różowej, więc robiłem prace biało-zielono-niebieskawe, żeby różowe błyskawice w ciemności budowały rysunki.

Porozmawiajmy teraz o twojej twórczości muzycznej, od której się nie da w twoim przypadku uciec, bo jesteś legendą polskiej sceny niezależnej, co tu dużo mówić.

W każdej legendzie jest ziarnko prawdy. 

Nie jesteś człowiekiem jednego gatunku. Wydaje mi się, że niemal każda kolejna płyta to było zmierzenie się z przetworzeniem intelektualnym innego gatunku. Twojej twórczości nie ograniczają żadne ramy.

I tak, i nie. Często wracam do jakichś starych fragmentów, szkiców czy niedokończonych utworów i je przerabiam. Mam kilka sposobów pracy i jest mi bardzo trudno powiedzieć, który w danym momencie jest dla mnie najoczywistszy. Przy każdej płycie one funkcjonują w nieco innych proporcjach. Zależnie od pory roku, gdzie ostatnio byłem, co mnie zafrapowało, czy jestem w dobrym humorze, czy złym. Od jakiegoś czasu siłą rzeczy różne polityczne kwestie mnie martwią. To też ma wyraz w muzyce. Często łapię się też na tym, szczególnie słuchając jakichś starych rzeczy, że najczęściej nie pamiętam, jak powstały. Może pamiętam moment, ale nie do końca wiem, jak to się wydarzyło, że na przykład powstał dany tekst.

Właśnie, teksty! One są czasem bardzo dziwne i zaskakujące. Jak ty je wytwarzasz?

Czasem po prostu włączam nagranie i słyszę, gdzie jest potrzebny tekst. Biorę mikrofon, nagrywam go i on tak już zostaje. Ale zdarza się też tak, że najpierw sobie gdzieś, na przykład w pociągu, coś napiszę i to gdzieś tam leży, czasem to zgubię, potem to znajdę, patrzę: kurczę, dobry tekst. To by pasowało tu, no i nakładam to. Często też idzie muzyka, ja zaczynam to sobie tak (tu nastąpiło bliżej niesprecyzowane bełkotanie), potem przechodzi to w jakiś węgierski-norweski, potem w mołriański, a potem z tego się czasem biorą konkretne słowa. I nie mogę powiedzieć, czemu powstaje dziwny zestaw słów, bo muzyka mnie na niego nakierowała. Zdania mogą się wydawać absurdalne w kontekście lingwistyczno-semantycznym, ale w kontekście brzmienia, zgrania z muzyką to są dokładnie te słowa, które miały być. Po co szukać prostej logiki, jak można jakąś bardziej złożoną logikę zastosować?

No racja!

Zupełnie podobnie jest z pracami wizualnymi. Przez to, że ja dużo ich robię, nie mogę wszystkiego dokładnie pamiętać. Nieraz jestem zafascynowany, jak artyści po latach opowiadają, jak to powstawał dany obraz albo jak pracowali nad daną płytą, gdzie tego wieczora pojechali, co zjedli, co wypili. Potem jaki refren skomponowali. Ja zupełnie tak nie działam. Po prostu siadam, pracuję i zostawiam. Do niektórych płyt wracam, do niektórych nie. Fulguryty i tamten czas łączy się też z powstaniem Mołr Drammaz, które w zeszłym roku zostało ponownie odkryte. Wydarzyło się to dlatego, że niejaka Izabel, która prowadzi holenderski Label Lullabies for Insomniacs, nagle z kosmosu pisze do nas: robiłam podcast o polskiej muzyce i natrafiłam na was, bardzo mi się podoba, chcę was wydać. Ja mówię: no dobra, ale co? Co wydajemy? To są takie rzeczy, co mają milion lat. Ona: to przyślij mi wszystko, co masz, i ja z tego wybiorę. Przygotowanie tego wszystkiego trwało prawie rok, ale powstał winyl. Został wydany pod koniec zeszłego roku i nagle się okazało, że ludzie to traktują jak jakiś – nie chcę tutaj przesadzić, ale – rodzaj brakującego ogniwa. Że to, co my wtedy zrobiliśmy tymi totalnie prymitywnymi metodami, kiedy wszystkie sample na płytę mieściły się na dyskietce 1,4 MB, a graliśmy na znalezionych bębnach połamanymi pałkami, bo na nic innego nas nie było stać, okazuje się, że to jest coś, co młodych ludzi na świecie fascynuje. No to tylko się cieszyć. Oczywiście czasy się bardzo zmieniły i już nie jest tak, że można po prostu sobie jechać z tymi dziurawymi bębnami gdziekolwiek i grać, bo wszystko się na maksa sprofesjonalizowało. Trzeba czekać w długich kolejkach, żeby grać koncerty we w miarę sensownych miejscach. Ale co ja tutaj miałem na myśli?

Wojciech Kucharczyk, Bilet nr 13/167, ksero kolorowe, 19,4 x 27,7 cm, 1995, dzięki uprzejmości artysty i Galerii Szara

Nie jestem pewna, ale wiem, o co chcę cię zapytać. Jesteś artystą, którego droga jest zaprzeczeniem stereotypu, że do sukcesu, widoczności potrzebne jest bycie w centrum. Ty mieszkałeś przez te wszystkie lata w swoim Skoczowie, a jednocześnie byłeś znetłorkowany z mnóstwem ludzi i nie było żadnej przeszkody, żadnych barier, żebyś podróżował po całym świecie i zawierał znajomości, które później się reprodukowały w kolejne możliwości współpracy twórczej. Tobie się tyle rzeczy udało, że jest to naprawdę godne podziwu. Czy zawdzięczasz to lekceważącemu podejściu do planowania? Czy pędzisz na jakimś rumaku, na którego wskoczyłeś, i nie przejmujesz się, czy on w prawo, czy w lewo – po prostu jest przygoda, gdzieś tam zawsze dojedziemy? Jak widzisz korzystanie z otwierających się możliwości?

To jest akurat bardzo trudne pytanie. Zahacza o osobiste sprawy. Bo z jednej strony zdaję sobie sprawę, że to, że ja przez tyle lat działam w taki sposób, samo w sobie już jest sukcesem. Że w ogóle przetrwałem. Ile różnych mód, ile zjawisk się pohajpowało i zniknęło. Ile stylistyk zostało nazwanych i już ich nie ma. A ja ciągle gdzieś tam jestem i robię to, co robię, nie próbując tego nazywać. Może o to właśnie chodzi, że nie próbuję niczego nazwać. (śmiech) Z jednej strony więc to się może wydawać sukcesem, a z drugiej coraz bardziej odczuwam to jako rodzaj jarzma. Ciężaru. Wojtków Kucharczyków jest tak dużo, że ludziom to się nie łączy w całość, mam wrażenie. Ja nie mam absolutnie żadnego rozszczepienia jaźni, ale wydaje mi się, że ludzie mogą to tak odbierać. Nawet spotkałem się z niedowierzaniem: ale to jest ten sam? A czemu on tutaj jest? To jest ten od muzyki? Są takie sytuacje. Ludzie nie wierzą, że to jest możliwe tak dużo różnych rzeczy zrobić, będąc jedną osobą. I to mnie naprawdę czasem po prostu gniecie, martwi. A z drugiej strony nie mam ludzi, którzy by mi chcieli pomóc od strony profesjonalnej w realizacji tych rzeczy w sensie menadżmentu czy stworzenia komfortu. Chciałbym po prostu pracować i nie musieć się martwić załatwianiem koncertów i stricte logistycznymi rzeczami.

No i co?

Prawda jest taka, że takie próby jak na razie zupełnie się nie udają. Nie wiem dlaczego. Czy jestem jakąś postacią nadintensywną, czy może jest problem z tak zwanym sprzedaniem tego, co mam do zaproponowania? Pracuję w tylu dziedzinach naraz, że skumulowane sprawy logistyczne są dla mnie naprawdę dużym balastem. Także przez to, że oczywiście jest to twórczość jak najbardziej niedochodowa. W czasach kiedy kultura współczesna finansowo ma ciężko, takim postaciom jak ja jest bardzo ciężko przetrwać, przeżyć. To już nie jest nawet praca między kilkunastoma jakimiś sferami, tylko kilkudziesięcioma, po to, żeby gdzieś tam za coś zarobić 200 złotych. Jestem w duchu optymistą, inaczej bym tego w ogóle nie robił, ale też nieraz się zastanawiam, co by było, gdybym działał np. w Londynie, Nowym Jorku czy w Tokio. Czybym był dalej w tym miejscu? Czy byłbym może bardzo znany? Moim profesjonalnym marzeniem jest mieć komfort pracy.

I wystawa przygotowana z Galerią Szarą jest dla mnie takim poważniejszym restartem także w tej sferze. Czyli jeżeli kuratorki Małgorzata Miśniakiewicz i Joanna Rzepka-Dziedzic wybierają prace, ja mówię: absolutnie, macie rację, będą te prace. Taki tytuł wystawy – tak, będzie taki tytuł wystawy. Chcemy te prace powiesić na tej ścianie, a te na tej – absolutnie, macie rację. Nie chcę mieć wpływu na niektóre elementy tej układanki, bo się boję, że znowu swoją wizją świata coś tak zrobię, że przyjdą ludzie i nie będą wiedzieli, o co chodzi. Potrzebuję innych ludzi, przyjaciół, którzy pomogą mi tłumaczyć, co jest w mojej głowie, reszcie świata. To jest dla mnie supercenne.

Wojciech Kucharczyk, Obrus-medytacja, 1999, dzięki uprzejmości artysty i Galerii Szara


Dasz radę wytrzymać w tym poddaniu się decyzjom innych?

Widzę u siebie niebezpieczne symptomy: chciałbym, jak mi się coś spodoba, robić dalej, lepiej. A czasem warto się zatrzymać. Permanentna chęć restartu jest czymś trochę niewygodnym, no nie? Więcej energii i czasu potrzebuję na to, żeby się powstrzymać przed jakimś działaniem, niż żeby je zrealizować. Często sobie powtarzam: posiedź, nie rób nic. Nic nie musisz! (śmiech) Pomysłów naprawdę nie brakuje, wystarczy się przejść po tym parku i już jest milion pomysłów. Dziwne, że ludzie siedzą i nic nie robią. Jest tyle rzeczy do zrobienia na tym świecie!

Wojciech Kucharczyk, wystawa Czy to sen, czy jawa?! Nie, to Sumatra!, prezentowana w ramach Warsaw Gallery Weekend przez Galerię Szarą z Katowic do 28.09.2019 w przestrzeni Biennale Warszawa, ul. Marszałkowska 34/50.

 

Wojciech Kucharczyk (ur. w 1969 r.) – artysta audiowizualny, muzyk, działacz. Ma na koncie ponad sto płyt, wiele wystaw i koncertów w różnych miejscach świata, książki, spektakle muzyczne i taneczne, albumy oraz mnóstwo innych projektów. Od 1995 r. prowadzi wydawnictwo Mik Musik i gra, ukrywając się pod różnymi aliasami. W 1994 r. obronił dyplom z malarstwa, instalacji i litografii na katowickiej ASP i wyruszył w wymarzoną podróż. Wcześniej wędrował palcem po mapie, fascynował się afrykańską muzyką, współtworzył Mołr Drammaz i wyjechał na roboty do Niemiec. W pracach Kucharczyka z połowy lat 90. transformacja ustrojowa, rozkręcający się kapitalizm, otwarcie granic i rozwój technologii splatają się, tworząc eklektyczne obrazy paździerzowej globalizacji, internacjonalizmu z perspektywy prowincji. Przekształcenia krajobrazu geopolitycznego wydarzały się jednocześnie z rozpowszechnianiem nowych technologii komunikacyjnych i reprograficznych – komputerów, internetu i kolorowego ksero. Czarno-różowe grafiki powstawały na podstawie biało-zielonych matryc skopiowanych w negatywie na barwnym ksero, czasami tylko w jednym egzemplarzu. Działanie na granicy analogu i digitalu – potencjalnej masowości ograniczonej do jednej odbitki – okazuje się tu metaforą stanu zawieszenia pomiędzy lokalnością a globalizacją, swojskością a egzotyką. Marzenia o podróży i dotarcie do niegdyś nieosiągalnych miejsc wyrażone są zabawami polszczyzną opatrzoną komentarzem w łamanym angielskim. Jak w fulgurytach – powstających na skutek stopienia piasku po uderzeniu pioruna – wynikające z gwałtownej terapii szokowej nowe formy i struktury okazują się niezwykle trwałe i nadal aktualne.

Wojciech Kucharczyk, Obrus-medytacja nr 19, obiekt, 94,6 x 68 cm, 1999, dzięki uprzejmości artysty i Galerii Szara