Takie czasy

O Brexicie, niszczeniu rzeczy i nadmiernej konsumpcji z Michaelem Landym rozmawia Julia Kozakiewicz

Michael Landy, Open for Business, 2018, Commissioned by RIBOCAI. Michael Landy, dzięki uprzejmości artysty, Thomas Dane Gallery oraz Riga International Biennal of Contemporary Art, fot. Andrejs Strokins

Rok temu, latem 2018 roku otworzyłeś kiosk podczas Międzynarodowego Biennale w Rydze. Sprzedawałeś koszulki, broszki, małe figurki z kiwającymi się główkami – w zasadzie wszystko to, czego można się spodziewać się po turystycznym kiosku. Jednak zamiast flag brytyjskich czy portretów rodziny królewskiej były to przedmioty związane z Brexitem. Czy rok później, znajdując się pośrodku brexitowego piekła, jest coś, co chciałbyś dodać do inwentarza kiosku?

Jako kolejny etap? Możliwe… Nie zastanawiałem się nad tym. Od tamtego czasu dużo się wydarzyło. To był stary radziecki kiosk, który zamieniliśmy w jedną wielką flagę Wielkiej Brytanii pod hasłem „We’re open for business”. Pomysł na kiosk pojawił się na skutek różnych zbiegów okoliczności. Kuratorka Biennale, Katerina Gregos, powiedziała mi w rozmowie, że mają pusty postradziecki kiosk. Pomyślałem, że przecież nie robię nic w kioskach! Ale po weekendzie nagle mnie oświeciło i doszedłem do wniosku, że może moglibyśmy przekształcić ten kiosk w kiosk „brexitowy” i sprzedawać brytyjskie towary, używając retoryki gazet brukowych, haseł z kampanii za i przeciwko wystąpieniu z Unii, jak „Królowa popiera Brexit” oraz „Chcemy nasz kraj z powrotem”. Sprzedawaliśmy również marmite, bardzo tradycyjną brytyjską pastę do kanapek, popularną głównie w latach 70., kiedy dorastałem. Ostatecznie kiosk wyglądał jak coś z kampanii „Leave” (za wystąpieniem z Unii). Brexit to coś, co przyleciało z kosmosu, i takie też było odczucie w Rydze, bo nagle znikąd wylądował tam wielki kiosk w kolorach flagi brytyjskiej. A Łotysze to przecież niedawno przyłączeni członkowie UE…

Tak jak Polacy.

Tak jak Polacy, Estończycy i inne kraje bałtyckie. W Rydze Brytyjczycy przychodzili do kiosku i mówili: „Ale im pokazałeś!”, bo myśleli, że kiosk był dosłownym przejawem wsparcia kampanii za odejściem z Unii. Również Łotysze patrzyli na nas spode łba, myśląc, że należy to rozumieć dosłownie. Największy komplement, jaki mogliśmy otrzymać, to pytanie: „Czy sprzedajecie tu mapy?”, bo myśleli, że to prawdziwy kiosk. Jakby nie było, to był kiosk – sprzedawaliśmy różne rzeczy i braliśmy za nie pieniądze. Graliśmy tam nawet w bingo. Pamiętam kogoś, kto krzyknął: „Wy wcale nie opuszczacie Unii!”, na co ja odpowiedziałem, że „to tylko brytyjski żart, lubimy żartować i ciągniemy ten żart tak daleko, jak tylko możemy, a pod koniec powiemy, że tylko żartowaliśmy, i to wszystko nie było na serio”. Bardzo montypythonowski humor. W pewnym sensie był to kiosk na sterydach. Puszczaliśmy brytyjską muzykę, patrząc nostalgicznie na nasz własny obraz i to, kim jesteśmy jako naród. Mieliśmy prezerwatywy z hasłem „hard brexit” i to się dobrze sprzedawało. Co ciekawe, ludzie głównie kupowali towary z hasłami kampanii „Remain”. Rzeczy z hasłami „Leave” kupowali, bo myśleli, że to ironia.

Wracając do twojego pytania – z pewnością jest coś, co bym dodał lub zmienił w kiosku, ale nic mi w tym momencie nie przychodzi do głowy. Myślę, że na pewno poszerzylibyśmy gamę produktów, ale szczerze mówiąc, to nie wiem, czy potrafię przywołać, co dokładnie, krok po kroku, działo się z Brexitem na przestrzeni tego roku. Szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy cokolwiek się wydarzyło, oprócz wyzywania się jeszcze bardziej niż wcześniej. Chyba wszyscy wtedy myśleliśmy, że 29 marca wyjdziemy z Unii z jakąś formą porozumienia. Jak widać, data ta już dawno straciła swoją ważność.


Brexit jest tematem-rzeką dla artysty?

Dla artystów Brexit to w pewnym sensie dar. Znam kilku twórców, jak Jeremy Deller i Anish Kapoor, którzy stworzyli dzieła komentujące Brexit – na przykład Kapoor stworzył dziś grafikę dla Guardiana. To bardzo złożona kwestia, która obejmuje nasze poczucie własnej tożsamości, bycie Brytyjczykiem lub Europejczykiem. Pamiętam, jak kiedyś stałem w kolejce w barze, akurat w czasie gdy referendum miało się odbyć lada dzień, i zacząłem rozmawiać z paroma ludźmi z Europy. Oczywiście Włosi obecni w tamtym barze myśleli o sobie jako o Europejczykach. Nie sądzę, żeby wielu Brytyjczyków postrzegało siebie w pierwszej kolejności jako Europejczyków.

Czy myślałeś kiedyś o otwarciu drugiego kiosku, tu w Londynie albo gdzieś w Wielkiej Brytanii?

Oczywiście, bardzo chciałbym to zrobić. Kiosk, który użytkowaliśmy, był opuszczonym radzieckim kioskiem, ale chciałbym go tutaj przewieźć. Albo stworzyć zupełnie nowy kiosk. Problemem jest głównie pozyskanie zainteresowania tym projektem jakiejś instytucji. Jest to o tyle skomplikowane, że instytucje dostają pieniądze od rządu, a kiosk jest dość problematyczny. Chciałbym go postawić tutaj, również dlatego, że Ryga, mimo że jest wspaniała, bywa trochę senna. Tutaj Brexit jest rzeczywistością, a kiosk postawiony w Rydze był oddalony od źródła problemu. Gdybym sprowadził go tutaj, byłby przedmiotem sporów. Tak jak mówiłem – wyglądał jak wyjęty z kampanii „Leave”, tak jakby sponsorował go Nigel Farage. Można przeczytać tysiące tego typu tekstów, w których dominuje antyeuropejska retoryka – byliśmy nią karmieni przed ostanie 30 lat przynależności do Unii. Nie przypominam sobie, żeby wielu polityków brytyjskich pozytywnie wypowiadało się na temat Unii Europejskiej. Jeżeli spojrzy się na to z innej perspektywy i przeanalizuje sposób, w jaki mówiono o Europie w gazetach i telewizji, to czasem dziwie się, że aż 48% Brytyjczyków opowiedziało się za pozostaniem w Unii. Dlatego właśnie chciałbym otworzyć kiosk tutaj, gdzie temat Brexitu jest o wiele gorętszy.


Jak twoim zdaniem Brytyjczycy reagowaliby na kiosk? Mógłby funkcjonować na zasadzie Speaker’s Corner w Hyde Parku, gdzie ludzie przychodzą i wypowiadają się na temat Brexitu.

To właśnie chciałem osiągnąć – wejść w dialog z ludźmi na temat Brexitu, Wielkiej Brytanii i tego, kim jesteśmy jako naród. Chciałbym również umożliwić ludziom przejęcie przestrzeni kiosku, otwierając go na dyskusje o Brexicie – żeby nie chodziło jedynie o wymianę i sprzedaż towarów. Chciałbym również sprzedawać w kiosku jedzenie! Mieliśmy to zrobić poprzednim razem, ale nie udało nam się załatwić pozwolenia. Oczywiście kiosk różniłby się w zależności od miejsca, w którym by się znajdował. Na przykład postawiony w Stoke (centralna Anglia) miałby zupełnie inne znaczenie niż w Londynie. Tuż przed glosowaniem, będąc w Serpentine Galleries w Londynie, rozmawiałem z ludźmi, z których każdy głosował za pozostaniem w Unii. A po głosowaniu okazało się, że odchodzimy. Po czymś takim zastanawiasz się, w jakim kraju tak naprawdę żyjesz, pomimo to, że wszyscy twoi znajomi głosowali za pozostaniem w Unii. Zorientowałem się, że żyję pod kloszem świata sztuki i nie znam własnego kraju. Jak sprawić, żeby ludzie zaczęli ze sobą znowu rozmawiać, zamiast obwiniać siebie nawzajem? Przy innej okazji rozmawiałem z właścicielem małej firmy w Stoke, który opowiadał, że jeżeli pojedziesz w tamte okolice – już tylko patrząc na okna domów i wystawione w nich plakaty – rozumiesz, skąd tyle głosów probrexitowych. Źródeł tego należy szukać w końcówce lat 70. i w latach 80., kiedy Margaret Thatcher zamknęła tam przemysł węglowy i stalowy. Okazuje się, że nie tylko zamknęła kopalnie, ale i uśpiła całe społeczności. W konsekwencji decyzji podjętych za czasów Thatcher rozpowszechniła się tego typu antyeuropejska retoryka, a kryzys finansowy w 2007 i 2008 prawdopodobnie tylko to pogłębił. Nigdy publicznie nie przeprowadzono debaty na temat serca problemu, rozmawialiśmy jedynie o ekonomii i finansach związanych z tym zmianami, kryzysem. To, że upadł przemysł wytwórczy, nie jest winą UE, a mimo to bardzo wiele osób tak myśli, bo właśnie tak sprawę przedstawiały przez wiele lat media.

Brexit jest dla ciebie śmieszny czy raczej straszny?

Śmieszny? Nie. Chociaż chyba jest w tym coś śmiesznego. Myślę, że to jest jednocześnie i tragiczne, i śmieszne.

Czy jest jakieś inne słowo, które według ciebie lepiej opisuje Brexit?

Nie wiem. Głosowałem za pozostaniem w Unii. Moi rodzice są Irlandczykami, którzy sami walczyli o lepsze życie. Pomyślałem więc, że nie mogę nikomu odmówić próby zapewnienia sobie komfortu życia w Wielkiej Brytanii. Cała ta sytuacja jest po prostu tragiczna i nie przychodzi mi chyba na myśl żadne inne słowo oprócz „Brexshit”.

Gdybyś miał zadecydować o losie Wielkiej Brytanii po 12 kwietnia 2019 (lub którejkolwiek z „brexitowych” dat), co byś zrobił?

Cóż, prawdopodobnie podarłbym Artykuł 50. Po prostu podarłbym go i skończył z tym, bo robienie kolejnego referendum spowoduje tylko więcej problemów. To wszystko nie powinno się było w ogóle wydarzyć. Coś, co początkowo było wewnętrznym problemem w partii Torysów, teraz jak wirus rozprzestrzeniło się po całym kraju. Pewnego dnia spojrzymy wstecz na te parę lat i zobaczymy, że Wielka Brytania straciła rozum. Jeszcze do niedawna sytuacja była całkiem stabilna. Ludzie myśleli, że Brytyjczycy są stabilni i rozsądni, ale nie wtedy, gdy mowa o Unii Europejskiej. Gdy słucha się ludzi i ich wersji Brexitu, to okazuje się, że każda jest inna. Za każdym razem inne kłamstwa, inne niepewności, referendum. Więc tak, podarłbym Artykuł 50.

Zdaje się, że to najlepszy pomysł! W twojej twórczości powtarzającą się i dominującą praktyką jest destrukcja – niszczenie rzeczy – a także rekonstrukcja, zmiana skali i proliferacja obiektów. Czy jest coś, co zawsze chciałeś zniszczyć, zmienić, poprzestawiać, ale nigdy nie miałeś okazji? Poza Artykułem 50.

To śmieszne, że o to pytasz! Ostatnio miałem taką myśl – między czternastym a osiemnastym rokiem życia spędziłem dużo czasu w sklepach plastycznych i oglądałem różne długopisy, ołówki, pędzle i tak dalej. Spędzałem każdy sobotni poranek – szczególnie między szesnastym a osiemnasty rokiem życia – w jednym sklepie, który nazywał się Owen & Clark. Pochodzę z Ilford w Essex, czyli tak naprawdę przedmieść Londynu. Chodziłem do Owen & Clark prawie religijnie w każdą sobotę – pomyślałem, że bardzo chciałbym go zniszczyć (śmiech). To poniekąd jak zniszczenie mojego dzieciństwa. Byłoby na prawdę wspaniale wysadzić w powietrze Owen & Clark, zobaczyć eksplodujący sklep plastyczny – farbę wszędzie wokoło. Nigdy potem nie mógłbym już użyć ołówka ani niczego z takiego sklepu. To jest to. Odłożyłbym te wszystkie dziecinne rzeczy na bok. Dzięki, że mi o tym przypomniałaś.

W 2001 roku w ramach Break Down zniszczyłeś cały swój ziemski dobytek. Zrobiłbyś to ponownie?

Nie sądzę. Jeśli miałbym to znowu zrobić, zrobiłbym to dla jakiegoś bogatego kolekcjonera. Ktoś musiałby mi zlecić zniszczenie swojego dobytku. Coś takiego jak Break Down mogłem zrobić tylko raz, teraz mógłbym zniszczyć rzeczy kogoś innego.

Czyje zlecenie przyjąłbyś z radością?

Eltona Johna (śmiech). Właśnie przyszło mi to do głowy. Na pewno ma mnóstwo dobrych rzeczy do zniszczenia. Na przykład wielkie, wysokie obcasy, kapelusze i przeróżne inne rzeczy. Na pewno ma mnóstwo rzeczy. Te wszystkie okulary, nakrycia głowy, wiele pianin.

To kopalnia złota, chyba musimy porozmawiać z Eltonem! Wracając do Break Down – można powiedzieć, że była to performatywna krytyka bezmyślnego konsumpcjonizmu. Myślisz, że po prawie dwudziestu latach zmienił się sposób, w jaki posiadamy i konsumujemy rzeczy?

Myślę, że konsumpcjonizm jest bytem, który łatwo się przystosowuje. Przez to jest nieunikniony, czy tego chcesz, czy nie. Jak się zmieniło nasze konsumowanie? Nie jestem pewien, czy w ogóle. Myślę, że konsumpcjonizm przystosował się po prostu do nowej rzeczywistości. Tak samo mówiłem, gdy robiłem Break Down – ludzie spędzają dużo swojego czasu, marząc o rzeczach, które mogliby kupić, jednak gdy przynoszą te rzeczy do domu, okazuje się, że nie do końca spełniają one funkcję, którą miały spełniać. I wtedy chcą/potrzebują wyjść z domu i kupić coś innego. Marzenie posiadania nie jest więc nigdy w całości spełnione, człowiek nigdy nie jest w pełni usatysfakcjonowany jako konsument. Posiadanie rzeczy to bardzo ludzka cecha. Tylko na Zachodzie człowiek może posiadać siedem tysięcy przedziwnych rzeczy i zorganizować całe swoje życie wokół ich posiadania.

Z jednej strony coraz bardziej popularne stają się praktyki minimalizujące konsumpcję – na przykład ruch zero waste. Z drugiej strony, przemysł odzieżowy nigdy nie produkował tyle pojedynczych sztuk odzieży co teraz. Jak to możliwe?

Myślę, że sam fakt naszego istnienia oznacza, że będziemy konsumować. Nie wiem, czy możemy to obejść. Po pierwsze jest nas za dużo. Wszyscy konsumujemy. Codziennie rano chodzę do parku z moim psem i widzę tylko śmieci, ślady po nas wszystkich. To po prostu symbol naszej egzystencji, prawda? Oczywiście możemy kupować mniej i konsumować mniej, ale jesteśmy uzależnieni od rzeczy tanich i masowo produkowanych. To wszystko jest częścią tego, co rozpatrywałem podczas Break Down – wszyscy skończymy z pralkami i mikrofalówkami, ale ostatecznie nie będziemy mieli już naszej planety.

Jak myślisz, jaki jest obecny stan debaty publicznej? Czy jest w niej przestrzeń na konstruktywną dyskusję polityczną? Może jesteśmy tak bombardowani obrazami i wiadomościami „z ostatniej chwili”, że niemożliwe jest stworzenie przestrzeni do rozmowy? Jaka w tym wszystkim jest rola sztuki i artysty?

Nasz świat brzmi i wygląda jak trumna pełna dźwięków i obrazów. Chyba chcemy, aby sztuka poniekąd zwolniła bieg zdarzeń i zaoferowała trochę przejrzystości, czyż nie? Od sztuki i artystów oczekujemy, żeby pokazali nam świat w innym świetle, a nie tak jak politycy próbują nam go przedstawić. To właśnie jest to, co mnie najbardziej interesuje – patrzenie na świat z innej perspektywy i przyglądanie się temu, w jaki sposób wartość jest przypisywana rzeczom w społeczeństwie. Dlaczego pewne rzeczy są wartościowe, a inne nie – niekoniecznie w ekonomicznym znaczeniu tego słowa. W kontekście kiosku brexitowego – jaka jest wartość naszego poczucia suwerenności i narodowej tożsamości?

Czy dlatego stosujesz dużo satyry w swoich pracach?

Chyba najbardziej satyryczną rzeczą, jaką zrobiłem, było Scrapheap Services, czyli fikcyjna firma sprzątająca, która zajmowała się pozbywaniem się ludzi nieodgrywających już pożytecznej roli w życiu. To chyba też najbardziej polityczna rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem.

Satyra byłaby więc przewrotową (a zatem polityczną) praktyką stosowaną do pokazania niespójności otaczającego nas świata?

Tak. Także mechanizmów działających w społeczności, w jakiej żyjemy. I demaskowania, przyglądania się bliżej naszym systemom wartości. Tak jak na przykład, kiedy zniszczyłem cały swój dobytek na oczach ludzi – nie tylko tych przypadkowych, ale i moich rodziców, którzy przyjechali do Wielkiej Brytanii, aby pracować całe swoje życie w celu posiadania rzeczy. A tu nagle ich syn niszczy wszystko co posiada (śmiech). Tym sposobem zdemaskowałem system wartości, w którym się wychowałem.

Co następnego planujesz? Otworzenie brexitowego kiosku tu, w Londynie?

W pewnym sensie wykorzystałem ten temat w Rydze. Ale oczywiście nowa wersja kiosku byłaby inna. Niemniej jednak staram się pracować raczej nad nowymi pomysłami. Przyznam, że jest to bardzo trudne. Ciężko mi się czasem skupić. Akurat teraz znajduję się w tym momencie twórczego cyklu, kiedy nie wiem, co robię, co jest trochę… Cóż, wiem, że powinienem coś robić. Pierwszy raz, kiedy trafił mi się taki moment, pomyślałem: „Co to jest?!”. Nie jestem najbardziej produktywnym z artystów. To żadna wymówka, po prostu tak jest. Czasami muszę zwolnić, spojrzeć na świat jeszcze raz. Kiedy intensywnie się tworzy, czasem przestaje się patrzeć na to, co dookoła.

Posiadanie przestrzeni i czasu na myślenie brzmi wręcz jak luksus.

Bo jest luksusem. Z wiekiem stajemy się bardziej świadomi czasu. W końcu nadszedł moment, kiedy na nowo przyglądam się temu, co robię i czym chcę się zająć w następnej kolejności. Nie mam za wiele wskazówek i możliwe, że te, które miałem, dawno przegapiłem – w takim momencie się obecnie się znajduję.

To również ważna część procesu.

Na pewno część mojego procesu. Cóż… Brexit to coś okropnego, to wirus.

 

Michael Landy (ur. 1963) – artysta wizualny związany z grupą YBAs (Young British Artists), członek brytyjskiej Royal Academy. Autor słynnego performensu Break Down (2001), kiedy na zainstalowanej w samym centrum zakupowego piekła Londynu taśmie produkcyjnej artysta zniszczył cały swój ziemski dobytek, każdą rzecz, którą posiadał. W swoich pracach porusza tematy takie jak kapitalizm, konsumpcjonizm, angażując się przy tym w bieżące debaty polityczne (np. kryzys finansowy w Grecji).