Przyszła wiosna, ptaszki śpiewają, pod moim oknem na drzewie gniazdko wiją sobie sroki

Przyszła wiosna, ptaszki śpiewają, pod moim oknem na drzewie gniazdko wiją sobie sroki, a w sztuce coraz głośniej rozbrzmiewa synkretyzm. Tymczasem wystawa Strachy w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej, prezentująca starsze i nowsze prace Daniela Rycharskiego, zwróciła oczy całego (czyt. naszego) świata na kwestię kultury prowincji. W przestrzeni pawilonu MSN nad Wisłą zawisły między innymi krzyże, których wyjaśnienia domaga się minister Gliński. Te konstrukcje, przypominające jakieś queerowe totemy, odczytuję jako syntezę wieloletnich poszukiwań artysty. Rycharski bowiem porusza się na styku obszaru folkloru, obrządków religijnych i kultury społeczności LGBTQ+. Jego artystyczna aktywność w rodzinnym Kurówku obala też bardzo żywy w wyobraźni mieszczuchów mit o tym, jakoby mieszkańcy wsi kumali tylko imprezy w remizie i muzykę disco polo, niedziele spędzali w kościółku, a wieczory pijąc wódkę albo z sąsiadem, albo przed telewizorem. I to wydaje mi się najważniejszym aspektem twórczości Rycharskiego – jako człowiek „stamtąd” nie czuje on potrzeby edukowania lokalsów na modłę miejskiego oświecenia. Wręcz przeciwnie, misją Rycharskiego jest raczej czerpanie pełnymi garściami z bogatej kultury wsi, angażowanie społeczności Kurówka w projekty i współpraca oparta na szacunku do wiejskiego stylu życia. W efekcie powstaje sztuka przede wszystkim dla społeczności z prowincji, która nie opiera się tylko na sielankowym obrazku agroturystyki, bo dotyka też tematów trudnych.

Odkąd pamiętam, powtarzano mi, że człowiek jest istotą społeczną. Dawno temu, kiedy byłam studentką kulturoznawstwa, wykładowcy opowiadali różne historyjki o tym, jak ludzie bardziej pierwotni przeżywają różne wydarzenia w grupie i odprawiając jakieś rytuały, budują w sobie poczucie tożsamości zbiorowej.

Z kolei odkąd byłam nastolatką wysłuchuję, jak to człowiek zachodni, współczesny jest wyobcowany, jaki z niego indywidualista, że po szczeblach kariery pnie się jak po trupach do celu, licząc tylko na siebie. Te jego relacje zapośredniczone przez social media są takie wymyślone, wyabstrahowane z naturalnej potrzeby przynależności do wspólnoty, złudne, kłamliwe, niebezpieczne – nie ma przecież pewności, kto siedzi po drugiej stronie! Na feju nigdy nie wiadomo, czy piszesz z człowiekiem, czy z botem. Wraz z poczuciem zagrożenia rośnie nienawiść do ludzi, którzy hipotetycznie mogą zagrozić naszej mniej lub bardziej dominującej pozycji.

Dla niektórych to szokujące, że dziś nadal są na świecie mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Niedowiarkom proponuję poczytać o niedawno otwartej i rychło zwiniętej wystawie Chcę być kobietą w Galerii XX1, której kurator Sławomir Marzec wciąż usilnie stara się tłumaczyć, że nie jest przedstawicielem przebrzydłej konserwy, ale heloł, dlaczego nie widzicie, że kobiety mają lepiej i przez to masowo krzywdzi się mężczyzn?! Chciałabym się od pana Marca dowiedzieć, gdzie konkretnie według niego kobiety mają lepiej, bo na pewno nie na ASP, gdzie szanowny Marzec pracuje. Tam kobiety w ciele pedagogicznym są zjawiskiem raczej niespotykanym. Może warto by było zapytać, czy Sławomir Marzec w ogóle zna jakieś kobiety, bo nie uwierzę, że nie zaprosił ich do udziału w wystawie po prostu ze względu na swoją skromność. Jego internetowe tyrady na temat „przełomowego charakteru” zorganizowanej przez niego wystawy świadczą o tym, że nie dysponuje on żadnymi zdolnościami do tego, aby zorganizować chociaż trochę interesującą wystawę dotyczącą dynamiki relacji płci.

Tymczasem na przekór typom na wiosnę kobiety rosną w siłę, zupełnie jak te unoszące się w powietrzu queerowe totemy. Chcę się z wami podzielić historią pewnej tajemniczej grupy na fejsie, do której trafiłam zupełnie przypadkiem. Chociaż należę do niej od mniej więcej roku, jej siła tak mnie onieśmiela, że wstydzę się tam odezwać. Ponieważ dla wielu kobiet jest to przestrzeń bezpieczna i zaufana, nie podam jej nazwy, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że jest to forum dla nowoczesnych czarownic, pasjonatek tematów astrologicznych, poszukujących związków między naturą kobiecą a cyklem Matki Ziemi. Jest to miejsce, w którym można sobie pogadać o menstruacji, a grupowiczki wymyślają różne rytuały, w ramach których mogą się połączyć raz w miesiącu nie tylko online, ale też na falach energii kosmicznej. Na forum raczej nie ma tematów tabu, chociaż niejednej dziewczynie sceptycznie nastawionej do igrania z pogańskimi siłami się dostało, głównie za bycie „niedowiarkiem”.

Myślę sobie, że w kwestii celebrowania tej jedności z naturą nie jesteśmy jeszcze tak zaawansowani (w rozumieniu neoliberalnym) jak Gwyneth Paltrow, założycielka marki produkującej mazidła i kryształy, za które kosi grube miliony. U nas dominuje jeszcze stylówa na DIY, więc jak chcesz mieć kamień mocy, to musisz go sobie znaleźć sama, najlepiej na terenie Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Ale to będzie TWÓJ kamień. Magia jest raczej dla biednych, bogaci mają swoją spekulację rynkową. A ponieważ ja identyfikuję się raczej z biednymi, to po cichutku ściągnęłam sobie na smartfona appkę z tarotem.

Fakt, czy te tajemnicze siły działają naprawdę, czy na niby, jest bez znaczenia. Ważne, że w jakimś wymiarze przynoszą pożądane efekty. O tym pisała Silvia Federici w swojej słynnej pracy Caliban and the Witch. Women, the Body and Primitive Accumulation. Identyfikowanie się z „wiedźmą” dodaje całej sytuacji dreszczyku emocji i buduje w uczestniczkach przekonanie o pewnej odwiecznej, niezniszczalnej sile, której czują się kapłankami. Według Federici polowanie na czarownice było ostatnim krokiem w długotrwałym procesie prowadzącym do odebrania kobietom niezależności ekonomicznej i władzy nad własnym ciałem. I chociaż dzisiaj nikt nie spali kobiety na stosie za to, że dokonała aborcji, to nadal znajdzie się cała rzesza ludzi gotowych uprzykrzyć jej z tego powodu życie. Przypadek czarodziejek z Facebooka oraz praktyki artystycznej Daniela Rycharskiego udowadnia nam, że sytuacje trudniejsze, ale też te lepsze, świąteczne nastroje uruchamiają działanie wspólnoty, i wtedy właśnie w sposób symboliczny przeżywa się życiowe wzloty i upadki.

Dlatego właśnie, zgodnie z zapowiadaną w poprzednim odcinku Art-terapii inicjatywą, zakładamy grupę wsparcia dla ofiar art worldu, chociaż wychodzi na to, że nie tylko. Jeśli macie problem lub chcecie pogadać, napiszcie do mnie, a odwdzięczę się jakąś poradą. Totalna anonimowość gwarantowana! Nowej rubryki z problemami szukajcie na stronie internetowej „Notesu na 6 Tygodni”.

Marta Królak – felietonistka, kuratorka, współpracowniczka NN6T. Pod adresem marta@beczmiana.pl udziela porad i rozwiązuje problemy. Anonimowość gwarantowana!