Marzenia z peryferii

Dokumentując tła fotograficzne byłam ciekawa czy odnajdę w nich ten sam wzorzec sarmackiej melancholii i przekonanie, że wszyscy pochodzimy od szlachty, o którym pisał Andrzej Leder i inni badacze polskiej tożsamości czasów transformacji – z malarką Małgorzatą Myślińską, autorką projektu Zakład fotograficzny, rozmawia Maciej Frąckowiak

Małgorzata Myslinska: Zakład fotograficzny, widok wystawy, fot. Krystian Daszkowski

Maciej Frąckowiak: W ramach twojej rezydencji w poznańskim CK Zamek zajmowałaś się inwentaryzowaniem wyposażeniem wielkopolskich zakładów fotograficznych. Efektem tego procesu była wystawa i książka zaprojektowana wspólnie z kolektywem kolektyw Ostrøv. We wszystkich tych działaniach ciekawiły cię zwłaszcza rekwizyty i tła fotograficzne – dlaczego?

Małgorzata Myślińska: Jak zawsze, trudno wskazać na jedną inspirację. Kiedyś potrzebowałam zdjęcia portretowego do jakiegoś katalogu do wystawy. Postanowiłam tę sytuację trochę ograć i udałam się do zakładu fotograficznego w Poznaniu, który ciągle miał atelier na zapleczu, takie osobne studio do charakterystycznych zdjęć z tłami. Zdziwiło mnie wtedy, po pierwsze, że te tła ciągle istnieją, choć wcześniej wydawało mi się, że już ich nie ma. Po drugie, zaskoczyło mnie, że te tła zadziałały na mnie nie tylko wzrokowo, ale całościowo. Przez swoją materialność – one są duże, stoisz w tym tle. Mają też charakterystyczny zapach, którzy przywodzi jakieś wspomnienia. No i właściwie pierwszy raz miałam okazję, by spojrzeć na te tła z od strony technicznej, z perspektywy mojej profesji, czyli malarstwa. Jest to o tyle łatwiejsze, że wiele z tych teł ma swoje lata, przez to przestają być poznawczo transparentne, same przykuwają uwagę, przez tę swoją bezużyteczność trochę.

Kiedy mówimy o malarstwie, to myślimy o czymś co jest oprawione w ramy, a nie czymś, co ma być zaledwie scenografią, udawać wnętrze czy kawałek łąki.

Tła, które mnie zaciekawiły były rozbudowane – nie mówimy o czymś, co jest po prostu gradientem przejścia z jednego koloru do drugiego, albo jakąś przecierką, albo zupełnie gładkim jakimś kolorem, tylko o malowanym tle, którego autor, niewidoczny rzemieślnik, mógł sobie pozwolić na więcej. Wiąże się z tym ciekawa historia, bo złożoność tła była czymś bardzo pożądanym. Zastanawiałam się z czego to mogło wynikać. Jeden z właścicieli zakładów tłumaczył mi to w sposób następujący. Wiele teł pochodzi z lat 80-tych, z czasów inflacji, gdy pieniądz taniał i nie bardzo było go na co wydawać. W tych czasach powstawały też zakłady fryzjerskie czy inne punkty usługowe, których nie trzeba było zaopatrywać w towar, a jednocześnie wydawane w nich pieniędzy dawało poczucie jakiegoś ich użytecznego spożytkowania. Popularność fotografowania się na skomplikowanych tłach można by więc potencjalną nieskończonością tej usługi – towar się nie wyczerpywał, a im więcej elementów w tle, tym większą wartość ma zdjęcie. Skomplikowane tła skutecznie rekompensowały pieniądze wydane na sesję.

Małgorzata Myślińska: Zakład fotograficzny, dzięki uprzejmości artystki

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do wspominanych przez Ciebie zdjęć do katalogu. Jesteś malarką, która otrzymała nagrodę artystyczną Miasta Poznania, jest wystawa i katalog, w których masz się zaprezentować, a Ty – z tego, co wiem – zamówiłaś sobie sesję biznesową

Tak, na użytek katalogu poproszono mnie o zdjęcie w pracowni, którego nie miałam. Postanowiłam, że wykorzystam honorarium za udział w wystawie na taką pozowaną sesję zdjęciową. Zamiast pokazywać tylko swoje prace, pokażę siebie, a bardziej wyniki socjologicznego badania, które ujawnia jak postrzega się malarkę, bo w tej dziedzinie była przyznana nagroda. Zdecydowałem się na opcję „Świat biznesu”, która polegała na zrobieniu szybkiej sesji, wybraniu zdjęcia, na którym wyszło się najlepiej i wkomponowanie wizerunku w cztery różne tła stockowe. Najczęściej tła przedstawiają jakieś wnętrza korporacji, biur i służą pewnie pracownikom z tych korporacji i banków. Pomyślałem, że poproszenie o tło z pracowni malarskiej będzie wyzwaniem dla samego zakładu fotograficznego. Przy okazji zauważyłam, że w tym studio jest sporo tych malowanych teł. I wtedy, jak wspomniałam, po raz pierwszy zastanowiłam się, czy możliwe, że te tła są wszędzie, we wszystkich zakładach Wielkopolski.

I zamiast cierpliwie spędzać czas w zamkowym pokoju dla rezydentów udałaś się w podróż po województwie. Opowiedz trochę o tych zakładach, które odwiedzałaś. Jak je wybierałaś?

Chciałam stworzyć mapę istniejących zakładów fotograficznych w całej Wielkopolsce. Kiedy do nich dzwoniłam, zaznaczałam sobie na mapie, które nadal funkcjonują, a które nie. Założyłam, że ewentualny brak odzewu także jest ważną informacją – mam to wszystko gdzieś zanotowane. Pomyślałam, że najpierw będę odwiedzała miasteczka powiatowe, a później, jak się uda, też mniejsze miejscowości i wioski.

Jak wyglądały takie spotkania?

Udając się w podróż miałam świadomość, że zakłady, a przynajmniej zwyczaj, który mnie interesuje, jest w kiepskiej kondycji – te tła istnieją, ale nie są często wykorzystywane; sesje studyjne też nie są już takie popularne, jak kiedyś. Nie chciałam nikogo prosić o bezinteresowną pracę na rzecz mojego projektu, dlatego w budżecie przewidziałam opłaty za usługi, które były mi potrzebne. Moja rola była trudna – płaciłam za usługi, ale też było wiadomo, że one są mi potrzebne do czegoś innego. I wtedy też zdarzało się, że padało pytanie o to, czy ta cena nie powinna być podniesiona z uwagi na artystyczny cel projektu, dlatego za każdym razem otwarcie komunikowałam jaką kwotą dysponuję, aby uniknąć ewentualnych nieporozumień.

Jaki był plan tych odwiedzin?

Na samym początku ustaliłam sobie taki schemat, aby fotografować jeden rekwizyt na neutralnym tle. I tło w szerszym ujęciu, na którym będzie widać całe tło oraz fragment studio, z którego pochodzi. I zawsze miałam ze sobą aparat na wypadek, gdyby fotograf zamiast robić zdjęcia po prostu zgodził się jakby wynająć studio. Czasami oni decydowali się wykonać zdjęcia swoim aparatem, wtedy podpisywałam z nimi umowy. Innym razem było tak, że użyczali mi sprzęt, którym sama robiłam zdjęcia. To jest o tyle ważne, że te ich urządzenia mają ustalone określone parametry fotografowania tych teł, wypracowany przez lata sposób oświetlenia rekwizytów. Chodziło mi o to, żeby te zdjęcia były oświetlone podobnie, jak wtedy, gdy w trakcie rzeczywistych sesji występują w nich portretowane osoby, tylko żeby tych osób właśnie nie było.

Jak reagowali właściciele zakładów, gdy opowiadałaś im o projekcie? Zastanawiam się ilu z nich myślało o tym w kategoriach fotografii przedśmiertnej  ktoś przychodzi fotografować działalność, która zanika i z tego powodu stanowi kuriozum.

To był w zasadzie najczęstszy powód odmowy – tak jakby przyznanie się do posiadania teł, zdradzało, że zakład nie jest w najlepszym stanie. Nie nalegałam. Starałam się być uczciwa, zależało mi na sytuacji, w której właściciele zakładu świadomie udostępniają tło i wchodzą w rolę osoby świadczącej usługę. Gdybym przyszła i chciała zamówić sesję ślubną, to nie byłoby żadnego problemu. Kiedy jednak ujawniałam, że mam inny cel, nie jestem typową klientką, to jakby spadała jakaś zasłona, mając ukryć te zakłady przed innym, obcym spojrzeniem. Z jakiegoś powodu jednak oni te tła cały czas trzymają. Zdarzało się, że odwiedzałam studia po remoncie – myślałam, że w takich miejscach nie mam już czego szukać, a okazało się, że w odświeżanych wnętrzach nadal wieszano tła z lat 90-tych.

Porozmawiajmy chwilę o tym, co znajduje się na tych tłach – w jaki wzór się układają, do jakich aspiracji odsyłają?

Cały czas się zastanawiam kto w tym spektaklu odgrywał najważniejszą rolę. Kto najbardziej dołożył się do tworzenia tych wyimaginowanych tożsamości, które tła pozwalały utrwalać. Czy odpowiedzialność leży po stronie zakładów? Czy to one ukształtowały modę na fotografowanie, które ma podźwignąć nasz status? A może chodzi raczej o klientów, którzy mieli takie właśnie preferencje? Podczas odwiedzić uznałam, że gdzieś się to rozkłada po środku – autorzy teł malowali to, co się najlepiej sprzedawało, bo jakoś spełniało oczekiwania, także zakłady musiały się dostosować do potrzeb klientów, którym schlebiały. Dotarłam do takiej branżowej gazetki, w którą zaopatrywały się zakłady. Jednym z jej redaktorów była osoba, która miała w zasadzie monopol na dystrybucję teł, a co za tym idzie kreowanie określonej mody na takie fotografowanie w Polsce. Realizując ten projekt zastanawiałam się czy potwierdzi się moje przeczucie, że te tła będą utrwalały takie przekonanie, że gdzieś tam wszyscy pochodzimy od szlachty, czy będzie więc w nich widać ten wzorzec sarmackiej melancholii, o którym pisał chociażby Andrzej Leder w Prześnionej rewolucji.

Zapytam więc bezpośrednio, domyślając się odpowiedzi: tła pokazują idylliczne pejzaże wiejskie i wnętrza klasycystycznych dworków?

Tak, między innymi. Przy okazji powiem, że moje działania potwierdziły obserwacje osób, które zajmują się klasą średnią czy okresem transformacji. Twierdzą one, że w swoich poszukiwaniach tożsamościowych albo sięgamy po hiperglobalne wzorce, co widać chociażby we wspomnianej przeze mnie gazetce, albo po motywy, które były popularne w Polsce jeszcze przed wojną – właśnie takie pejzaże, bogate wnętrza. Wszystko to filtrowane jest jednak przez stylistykę lokalną, gdzie widać wchodzenie do teł elementów dworków czy wyposażenia typowego dla architektury lokalnej, w tym przypadku wielkopolskiej. I to wydaje mi się szczególnie ciekawe do dalszego śledzenia, dlatego zamierzam włączyć te doświadczenia do pracy doktorskiej, nad którą pracuję w Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Chciałaby też swoje ustalenia porównać z działaniami innych osób, które zajmowały się tłami. Jest np. taki projekt Alicji Dobruckiej, która fotografowała tła w Bombaju, gdzie dominują tła bardziej abstrakcyjne, kolorowe. Jest też Shadi Ghadirian, artystka z Teheranu, która fotografowała się ze sprzętami współczesnymi na tle dawnych irańskich teł, które też mają taką specyficzną ornamentykę. No i książka Maritna Paara, jego autoportret.

Małgorzata Myślińska: Zakład fotograficzny, dzięki uprzejmości artystki

Powiedzieliśmy sobie, że tło fotograficzne to scenografia, która więcej mówi o tym kim chcielibyśmy być, niż kim jesteśmy. Jednocześnie, wspominałaś, że dokumentowane przez Ciebie zwyczaje powoli znikają. Czy oznaczałoby to, że czasy romantycznie przyśnionej, fantastycznie dworkowej rzeczywistości, w której chcemy się reprezentować są policzone? 

Myślę, że i tak i nie. Jeśli chodzi o to, czy chcemy się jeszcze pokazywać na tle dworków – zauważyłam, że forma teł się zmieniła, ale temat pozostał. Chodzi o to, że atelier czy studia fotograficzne, w których robiono takie zdjęcia, zostały wyparte przez sesje plenerowe, realizowane w rzeczywistych wnętrzach i krajobrazach. Osoby prowadzące zakłady wskazywały, że gdzieś na początku lat dwutysięcznych pojawiły się niezarejestrowane firmy, czyli osoby, które wyposażyły się w jakiś aparat, ale nie miały pieniędzy na wyposażenie studia. Niektórzy moi rozmówcy zakładali, że to właśnie biedni fotografowie, którzy nie mieli wystarczających pieniędzy, żeby założyć studio, wyparli klasyczne studia fotograficzne. Popularnym motywem były i chyba do teraz są jednak w takich sesjach zamki i pałacyki czy romantyczne zaułki w parkach. Co ciekawe, w trakcie swojej rezydencji w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, dowiedziałam się, że sam Zamek jest też częstym tłem do takich sesji, co samym pracownikom tej instytucji wydaje się dziwne, bo jest to jednak budynek, który miał znaczyć niemiecką dominację nad Poznaniem, dla wielu do dzisiaj kojarzy się z przemocą, a jednak – jak się okazuje – może być tłem dla intymnych, ciepłych rodzinnych sesji.

Skoro nasza kolektywna tożsamość sarmacka przeniosła się w plener, także dzięki nowym możliwościom technologicznym, to co się z tymi tłami stanie dalej?

Wrócę jeszcze na chwilę do wątku umierania tych zakładów fotograficznych czy takiego przekonania, że nie ma już dla nich przyszłości. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że przynajmniej kilka z zakładów, które odwiedziłam, całkiem dobrze sobie radzi. Poszerzają gamę usług – oferują sesje plenerowe, dokupują jakieś tła drukowane. Słowem: idą z duchem czasu. Po drodze dokonuje się też zmiana pokoleniowa wśród osób prowadzących zakłady. Zauważyłam, że osoby, które zachowały te tła i dalej je wykorzystują, potrafią tchnąć w nie nowe życie, reklamują portrety z ich wykorzystaniem jako usługę vintage. Zdarza się też oczywiście, że w okolicy zakładu istnieje stała grupa odbiorców, która nie widzi tego, że takie tło jest anachroniczne i po prostu życzy sobie właśnie takie zdjęcia. Za każdym razem pytałam, kiedy te tła były ostatnio wykorzystywane – czasami było to dziesięć czy piętnaście lat temu, czasami było to miesiąc temu, a czasami w zeszłym tygodniu. Jest bardzo różnie, trudno też uchwycić jakiś trend posługując się podziałem na zakład ulokowany w dużym mieście i poza nim. Zresztą, tła z zakładów w Poznaniu i tych z mniejszym miast właściwie niczym się nie różnią.

Kusi mnie, by dostrzec w tych tłach początków fotografii stockowej. Podobieństw jest przynajmniej kilka. Z tego, co mówisz wynika, że była w zasadzie jedna firma, która zmonopolizowała rynek teł, standaryzując przy okazji marzenia o polskich dworkach i ich zasiedlaniu na zdjęciach. Tła to też taki obszar fotografii, której nikt nie szanuje, bo się nie kojarzy z niczym szczególnym, a przez to właśnie ma ogromny wpływ na kreowanie naszego imaginarium. Wystarczy wyobrazić sobie ilu z nas, naszych przyjaciół i członków rodziny kuca przy tych wszystkich kolumnach, pozuje na tle dębów i patrzy na nas ze stron naszych albumów.

Też mi się to wydawało ciekawe. Cały czas wyobrażam sobie, że istnieje takie duże, rozproszone archiwum. Z jednej strony, to są nasze prywatne zdjęcia. Z drugiej strony, gdyby właśnie przyjrzeć się tym wszystkim tłom, to zobaczymy absurdalność tej sytuacji, której nie widać, gdy patrzymy na jedno zdjęcie w albumie. Zależało mi, by fotografując ileś tych teł, ale bez ludzi, móc powiedzieć o tych osobach więcej. 

 

Małgorzata Myślińska – urodzona w 1988 roku, artystka wizualna, malarka i filozofka. Absolwentka Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu i Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W 2014 roku obroniła dyplom magisterski z malarstwa, a rok później dyplom licencjacki z filozofii. Odbywała stypendia na w Universitatea de Arta şi Design a także Universitatea Babeș-Bolyai (Kluż-Napoka, Rumunia). Swoje prace pokazywała na wielu wystawach, jest też laureatką wielu nagród i wyróżnień, w tym Stypendium Artystycznego Miasta Poznania (2016). Mieszka i pracuje w Poznaniu, kontynuuje studia doktoranckie na Wydziale Malarstwa i Rysunku Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu.

Maciej Frąckowiak – socjolog, dr nauk społecznych, badacz miasta i kultury wizualnej. Autor i redaktor tekstów oraz książek naukowych i popularyzatorskich w tych obszarach, m.in. zbioru Kruche medium. Rozmowy o fotografii. Inicjator i kurator działań animujących miejską przestrzeń publiczną. Członek zespołu koordynującego Program Bardzo Młoda Kultura Narodowego Centrum Kultury. Wykładowca School of Form.