Przestrzenie działań spontanicznych

O minusach improwizacji, tymczasowości wszystkiego, co zbudowane, uwikłaniu działań aktywistów w procesy i ryzyka miejskie, a także o przebiegu warsztatów zorganizowanych w Poznaniu na zaproszenie Fundacji Malta z Pepijnem Kennisem, koordynatorem brukselskiej grupy Toestand, rozmawia Maciej Frąckowiak

Warsztaty z grupą Toestand / Pristina, Kosowo, 2016, fot. www.toestand.be

Maciej Frąckowiak: Zacznijmy od Toestand. Opowiedz, proszę, czym się zajmujecie, ale też o nazwie – jest bardzo znacząca.

Pepijn Kennis: Tak! Toestand to organizacja, która istnieje od sześciu lat. Stworzyliśmy ją, by odnajdować i zarządzać przestrzeniami, w których można wyrazić siebie, swoje położenie czy stan psychiczny. Właśnie to znaczy „toestand” – sytuacja albo stan psychiczny. Jak w większości miast, tak i w Brukseli przestrzeń miejska jest utowarowiona, bardzo droga w użyciu czy wynajęciu. Bywa, że kiedy chcesz wydać przyjęcie, wynajem jest tak drogi, że twoich przyjaciół nie stać na bilety, więc nie mogą przyjść. Jest to trochę absurdalne. Jednocześnie jest dużo budynków, które stoją puste. Jak się szacuje, tylko w samej Brukseli jest około sześć i pół miliona metrów kwadratowych porzuconej przestrzeni. W Toestand staramy się oba te zjawiska połączyć – potrzebę spontanicznego działania z porzuconymi przestrzeniami.


Dlaczego te przestrzenie są porzucone? Odpowiedź mówi wiele o współczesnych miastach. Na przykład o tym, jak komplikująca się sytuacja prawna wpływa na życie miejskich przestrzeni.

Jest wiele powodów. Rzeczywiście, sporo jest przestrzeni, które mają skomplikowaną sytuację, czy to ze względów planistycznych, kwestii właścicielskich, czy sporów pojawiających się, gdy ludzie dziedziczą budynki. Bywa też, że budynki nie pasują do współczesnych użytków, jak to się dzieje w Brukseli w przypadku przestrzeni biurowych z lat 70. czy 80. – są to budynki, które są w niezłym stanie, ale ludzie rozglądający się za biurami szukają modnych, współczesnych przestrzeni i nie chcą wynajmować czegoś starszego. Czasem właściciele nie mają też środków na renowację lub nie ma już wystarczającego rynku na określony typ architektury, np. na pomieszczenia poprzemysłowe, zwłaszcza te opuszczone od jakiegoś czasu. Niekiedy powodem, dla którego budynek stoi pusty, jest też czysta spekulacja: ludzie posiadają jakiś budynek czy przestrzeń, ale nic z nimi nie robią, bo czekają, aż wzrośnie wartość tych nieruchomości lub na decyzję umożliwiającą rozbiórkę kilku istniejących budynków i postawienie w ich miejscu jednego większego.

 

Nazwa grupy brzmi też dobrze po angielsku, kojarzyć się może ze staniem na jednym palcu, a więc z chybotliwą pozycją, która dobrze streszcza niepewność ekonomiczną wielu miejskich przedsięwzięć – nawet te potężne mogą się z jakichś powodów nagle załamać, pozostawiając po sobie puste przestrzenie.

 O tak, odkryliśmy to w bardzo zabawnych okolicznościach. W Poznaniu korzystaliśmy z Instagrama jako metody warsztatowej. Prosiliśmy wszystkich uczestników, by odkrywając dane przestrzenie, udostępniali je w sieci z hasztagiem „Kopernika”. Kiedy byliśmy w drodze do Fundacji Malta, testowaliśmy też hasztag „Toestand” i zauważyliśmy, że wiele osób oznacza w ten sposób specyficzną pozycję w jodze, która polega na przykucaniu na palcach jednej nogi.

Warsztaty z grupą Toestand / Akademia Miasta 2018 / Fundacja Malta, fot. Maciej Zakrzewski

Przejdźmy do działań w Poznaniu. Żaden ze wspomnianych wcześniej powodów porzucania przestrzeni nie odnosił się do kontekstu, w jakim pracowaliście na osiedlu Kopernika. Choćby dlatego, że interwencje te działy się w przestrzeniach publicznych.

To, co robiliśmy w Poznaniu, opierało się na idei miasta do samodzielnego wykonania (Do-It-Yourself Urbanism). Zakłada ona, że mieszkańcy biorą tworzenie miasta we własne ręce. Dzieje się tak w odpowiedzi na to, że władze nic nie robią, nie mają takich możliwości, woli, albo po prostu znajdują się ludzie, którzy chcą ulepszyć okoliczną przestrzeń bez czekania na dodatkowe wsparcie czy przyzwolenie z góry. Oczywiście możesz zapytać: lepszą dla kogo? W trakcie warsztatów sporo dyskutowaliśmy także o tym – co zresztą stanowi małą krytykę wytwarzania miasta w formule DIY – a więc, że takie miasto tworzą ludzie dobrze wykształceni, w jakiś sposób uprzywilejowani, dzięki czemu mogą się w takie działania angażować: interweniować w przestrzeń publiczną – chociażby pomalować podłogę – bez strachu, że zostaną powstrzymani przez policję czy coś w tym rodzaju. Możesz też zapytać, czy skoro podobnymi interwencjami zajmują się określeni ludzie, to być może powstają one wyłącznie dla osób im podobnych. To istotne zagrożenie i właśnie dlatego w trakcie warsztatu mocno zwracaliśmy uwagę, by uczestnicy planowanie swoich akcji poprzedzali rozmową z mieszkańcami, którzy używają danej przestrzeni na co dzień, by zapytali ich, czy przysłowiowa ławka będzie tu pasować, a może mieszkańcy potrzebują raczej czegoś innego, albo jeszcze inaczej: może wolą, by wszystko pozostało, jak jest, bo właśnie tak im pasuje. Myślę, że był to ważny etap naszych działań.

 

Wróćmy do początku warsztatów. Zacząłeś opowiadać, że pierwszym zadaniem uczestników było fotografowanie obszarów podatnych na zmianę.

Najpierw zaprezentowaliśmy, czym jest Toestand, mniej więcej tak, jak to zrobiłem przed chwilą. Później zachęcaliśmy uczestników do udania się na osiedle Kopernika i fotografowania miejsc, o których sądzili, że da się je jakoś ulepszyć. Być może sami mieli na to pomysł, albo – jeszcze lepiej – rozmawiali z mieszkańcami, którzy im to zasugerowali. Na przykład: uczestnicy zauważyli, że sporo osób spacerowało z psami, zapytali więc, czy w okolicy mają wszystko, czego potrzeba do zabaw z psem, i postanowili, że może warto zbudować niewielki park z zabawowymi przeszkodami. Po tym wstępnym rozpoznaniu miejsc zebraliśmy się z biurze Malty, by przegadać zdjęcia i potencjał dla interwencji. Zrobiliśmy burzę mózgów, by pogłębić myślenie o projektach – zawsze najpierw staramy się je poszerzyć, poszukać dla nich odniesień, choćby szalonych, a potem znowu je zawężamy do pułapu realizowalności. Podzieliliśmy się na trzy grupy i każda z nich dokonała jednej lub dwóch interwencji w przestrzeń miejską.

 
Warsztaty z grupą Toestand / Akademia Miasta 2018 / Fundacja Malta, fot. Maciej Zakrzewski

Zdjęcia z warsztatów ujawniają też emancypacyjny potencjał skryty w nauce obsługi prostych narzędzi budowlanych, na co także poświęcaliście czas. Powiedz jednak, jakie to były interwencje? Skoncentrujmy się na tych, które najlepiej streszczają, o co chodzi w samodzielnej urbanistyce.

Wspominałem już o przeszkodach dla psów. Pracowaliśmy też nad obiektami, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałem. Pierwszą z nich jest ta rzecz, na której wieszasz dywan, kiedy chcesz go oczyścić. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Jeden z takich trzepaków był popsuty. Uczestnicy podwiesili pod nim drewnianą deskę, która odbijała światło prawie jak lustro, dodali też głowę i nogi, tak by wszystko przypominało jakieś zwierzę. Zaraz obok naprawili ławkę – ostała się metalowa rama, ale nie było już na niej drewna. Uczestnicy dołożyli więc deski, ale w taki sposób, by obiekt ten mógł służyć także jako małe boisko do gry w piłkarzyki za pomocą kapsli od piwa. To dobra ilustracja tego, jak można łączyć swoje osobiste doświadczenia (wspomnienia o zabawie, w którą się kiedyś bawiło) z potrzebą dostrzeganą w środowisku (popsuta ławka). Nie chodzi tylko o naprawę, ale także zasugerowanie, że ten obiekt może być czymś innym, lub po prostu o zwrócenie uwagi na konieczność reperowania drobnej infrastruktury w okolicy.

Spróbujmy porównać interwencje z Poznania, z tymi, które robiliście w Macedonii czy Kosowie. Oczywiście w Poznaniu mieliście o wiele mniej czasu, ale pewnie to nie jedyna różnica.

Jasne, czas to jedna rzecz. Zwykle pracujemy na miejscu przez około dziesięć dni: przez jeden czy dwa dni mamy burzę mózgów, potem przez sześć lub siedem budujemy, a na końcu sprzątamy i podsumowujemy swoje działania. W Poznaniu pracowaliśmy w sumie przez półtora dnia. Inna różnica polega na tym, że zwykle działamy we wnętrzach. Przyjeżdżamy, by pracować z grupą młodych członków społeczności lokalnej, by wynaleźć miejsce na działania kulturalne czy społeczne. Pomagamy im taką przestrzeń pozyskać, zwykle przez zaadaptowanie na takie cele jakiegoś budynku. W Hiszpanii i Macedonii budowaliśmy też wprawdzie na zewnątrz: miejsca do gry czy uprawiania parkour, ale działaliśmy też w budynkach. To ważna zmiana, bo gdy wyjeżdżamy, ta społeczność może w dalszym ciągu adaptować tę przestrzeń na swoje potrzeby, używać jej, może nawet latami. Tak się dzieje np. w Kosowie, gdzie od dwóch lat funkcjonuje lokalne centrum kultury, które współtworzyliśmy. Organizowane są tam koncerty lub różne zajęcia. Jako Toestand pomagaliśmy na pierwszym etapie tworzenia tych miejsc. Od tego czasu wiele się zmieniło – na przykład dach, który budowaliśmy, zastąpiono innym, nieprzepuszczającym wody, a na podłodze – zamiast pierwotnego żwiru – wylano beton, by łatwiej było ją sprzątać.

Czy do listy różnic dopisać można rodzaj potrzeb, nad jakimi pracujecie? Może to stereotyp, ale wyobrażam sobie, że w Macedonii czy Kosowie bywa i tak, że młodzi ludzie po prostu nie mają w okolicy żadnego miejsca do spotkań, gdy tymczasem w Brukseli czy Poznaniu zajmowaliście się już nie tym, jak uzupełnić oczywisty brak, ale jakieś przestrzenie uczynić dla okolicznych mieszkańców jeszcze bardziej dostępnymi czy zachęcającymi – co oczywiście też jest ważne.

Nie znam społecznej czy kulturalnej sytuacji Poznania, ale w Brukseli w dalszym ciągu jest wielu młodych ludzi, którzy chcą organizować imprezy czy koncerty, a nie bardzo mają gdzie. To nie jest tak, że nie ma miejsc, w których można byłoby to zrobić, ale zwykle są one nie tylko bardzo drogie, ale też niekoniecznie otwarte na działania eksperymentalne, a bardziej konceptualne. Myślę też, że organizowanie alternatywnych wydarzeń w opuszczonych miejscach, przynajmniej w Brukseli, wywiera też wpływ na istniejące, bardzie klasyczne lokalne centra kultury. Osoby je prowadzące zaczynają się zastanawiać: być może warto zmienić coś w swoim funkcjonowaniu, wyjść poza tradycyjne spektakle teatralne czy kluby kolekcjonerów znaczków, by przyciągnąć także młodych uczestników.

 
Warsztaty z grupą Toestand / Akademia Miasta 2018 / Fundacja Malta, fot. Maciej Zakrzewski

Jakie jest miejsce realizowanych przez was działań we współczesnych przemianach przestrzeni miejskiej? W naszej rozmowie pojawiły się przynajmniej trzy takie wątki: partycypacja, która zaczyna oznaczać udział w robieniu, a nie tylko dialogowaniu o mieście; architektura, która niekoniecznie jest już dzisiaj myślana tak, by trwała przez wieki; wszystkie wasze przedsięwzięcia na poważnie podchodzą też do kwestii radości czy przyjemności doświadczanej w przestrzeniach miasta.

Partycypacja może oznaczać wzięcie udziału w jakiejś aktywności, ale może też oznaczać współdecydowanie o niej. Myślę, że te dwa znaczenia słowa partycypacja mogłyby się ze sobą łączyć o wiele częściej, niż ma to miejsce obecnie. Zwykle partycypację ograniczamy do sytuacji, kiedy przedstawiamy ludziom rysunek i mówimy: „Zobaczcie, tu będzie plac, a teraz powiedzcie nam, jaki kolor powinny mieć usytuowane w nim ławki”, albo: „Czy uważacie, że powinno być na nim mniej czy więcej drzew”. Po pierwsze, myślę, że takie podejście pełni rolę selekcjonującą – nie wszyscy potrafią przecież z łatwością czytać plany lub przewidywać, jak coś może wyglądać. Po drugie, nawet gdyby wszyscy to potrafili, planowanie miasta w dalszym ciągu jest zadaniem dosyć konceptualnym. Czynienie tego zadania bardziej uchwytnym, zmienienie go w coś, co można dotknąć, przesunąć, zobaczyć, jak działa, nie tylko zatem poszerza grono osób, które mogę wziąć w tym procesie udział, ale sprawia także, że możemy przekształcać miasta w sposób bardziej tymczasowy i eksperymentalny. Dodajesz coś na chwilę, sprawdzasz, czy działa, jeśli nie – zabierasz, jeśli tak – możesz zbudować to coś solidniej, by dłużej przetrwało. Generalnie jednak sądzę, że wszystko jest tymczasowe. Rozmawiałem kiedyś z osobą, która w belgijskim kościele zajmuje się zarządzaniem wszystkimi budynkami, także tymi opustoszałymi; nazywają ją czasem „wikarym tymczasowości”. Zdziwiłem się, bo kościoły stoją przecież od setek lat. Usłyszałem odpowiedź: „Tak, ale to ciągle tymczasowo, bo tylko życie pozagrobowe jest wieczne”. Oczywiście, brzmi to bardzo duchowo, ale spodobał mi się koncept, że każdy budynek jest tymczasowy. Myślę, że to prawda. Na przykład budynek [Arkadii – przyp. M.F.], w którym teraz rozmawiamy, też początkowo służył innym celom, nie wiem do końca jakim…

To był teatr.

Dzisiaj to już nie jest teatr, albo nie tylko teatr, bo są tu też biura. Na tym przykładzie widać, że można zmieniać znaczenie obiektów i to, jak ich używamy. Myślę, że ta zasada dotyczy też przestrzeni publicznych. Przestrzenie publiczne mogły być wybudowane jako ulice, a więc są zaprojektowane tak, by przez nie przechodzić. Ale można je przekształcić – robiąc małe lub duże interwencje – w miejsce służące spotkaniom. W analizach miasta wyróżnia się zwykle trzy typy aktywności: pierwsza z nich to przechodzenie, które nie zajmuje zbyt wiele czasu (przechodzisz i już cię nie ma); druga to aktywności związane z przebywaniem, jak czekanie na autobus czy picie kawy; ostatnia, i chyba najciekawsza, to aktywności towarzyskie, a więc wchodzenie z innymi w interakcje, najlepiej gdy obejmują one różne kategorie osób. Myślę, że warto budować infrastrukturę dla takich spotkań, także poprzez tymczasowe interwencje.

Znaczenie towarzyskości podkreślają rozmaite koncepcje „miasta szczęśliwego”, zakładające między innymi, że czujemy się odpowiedzialni tylko za te przestrzenie, w których doświadczamy przyjemności. Może się ona wiązać z doznaniami zmysłowymi, ale także brać się z relacji utrzymywanych z innymi ludźmi. To istotna zmiana w sposobie myślenia o przestrzeniach publicznych, przynajmniej w Polsce, gdzie ich znaczenie kojarzone jest raczej z „poważniejszymi” zadaniami, jak upamiętnianie czy protesty. Tymczasem, jak się okazuje, te bardziej „miękkie” funkcje przestrzeni publicznych są równie ważne dla trwania miasta jako idei i miejsca wymiany. Pojawia się tu jednak pewna trudność, o którą chciałem zapytać. Myślenie o przestrzeniach publicznych w ten sposób sprawia, że przyrasta nam miejsc, które można by ulepszać, a ponadto miejscom tym – inaczej niż głównym placom czy ulicom – towarzyszą przywiązane do nich społeczności. Jak więc szukać takich miejsc, w które warto interweniować?

Zwykle rozpoczynamy od zdiagnozowania jakiejś potrzeby. Na przykład istnieje grupa osób, które chcą zorganizować koncert albo wystawę. Potem zdajesz sobie sprawę, że w zasadzie dookoła jest wiele miejsc, które można wykorzystać jako takie właśnie centrum kultury. W Brukseli zwykle zaczynamy ich szukać od zwiadu na rowerach. Jeździmy w różne miejsca i tworzymy listę przestrzeni, które właściciele mogliby udostępnić na cele kulturalne za darmo lub za niewielką opłatą. Oczywiście przekonywanie takich osób jest często najtrudniejszą częścią przedsięwzięcia. Uzyskanie zgody jest łatwiejsze, gdy właścicielem jest miasto lub podległe mu instytucje. Choć nie zawsze, bo czasem z przyczyn administracyjnych władze publiczne uważają takie użyczanie za zbyt skomplikowane albo ryzykowne; czasem też nie są przekonane do kultury alternatywnej.

Może też chodzić o kwestie odpowiedzialności za budynek, który jest często w kiepskim stanie technicznym albo ma inne ograniczenia.

Niekoniecznie. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale w Belgii funkcjonuje to tak, że można spisać umowę, która precyzuje, że wynajmujący przestrzeń musi się ubezpieczyć na wypadek pożaru, albo to on w trakcie imprez musi pilnować, czy w budynku nie przebywa za dużo ludzi. Mogę się umówić z właścicielem, że chcę zorganizować w jego budynku duży koncert, ale sam muszę zadbać o utworzenie dodatkowych dróg ewakuacyjnych, na co właściciel być może się zgodzi, bo i tak w przyszłości chce budynek zburzyć. Na wszystkie te rzeczy można się umówić, wpisać je w umowę, a wówczas właściciel nie bierze za nie odpowiedzialności.

Powiedzmy, że znaleźliśmy już przestrzeń, mamy zgodę na działanie. Jakimi środkami dokonujemy interwencji? Kiedy cię słucham, ale też gdy widzę, z jakimi materiałami pracujecie, odnoszę wrażenie, że ta forma działania wymaga nie tylko innego myślenia o przestrzeni, ale także o dizajnie, architekturze czy w ogóle o procesie projektowania. Jak się okazuje, wcale nie trzeba tych rzeczy łączyć wyłącznie z działaniem profesjonalistów.

Myślę, że każdy może być projektantem. Ludzie często pytają czy w Toestand jesteśmy architektami. Oczywiście w naszej grupie są architekci, ale większość z nas nimi nie jest. Pytasz, jakich środków używamy. Używamy sporo wyobraźni. Wyobraźnia przydaje się już od pierwszych etapów budowania, gdy poszukujemy materiałów z odzysku, które można wykorzystać. Czasem materiały te leżą gdzieś na ulicy, czasem można je kupić za niewielkie pieniądze, a czasem są składowane gdzieś w piwnicach czy magazynach, jak ten, w którym siedzimy – jak się obejrzysz, to zobaczysz płyty drewniane, które pozostały po jakichś innych działaniach Malty. Pomysłowość jest tu zupełnie kluczowa. Chcemy zbudować podłogę, ale nie mamy betonu czy nowego drewna, więc używamy palet, które rozkładamy na części i układamy z nich całkiem schludną podłogę – zrobiliśmy tak na Ukrainie. Innym przykładem mogą być okna, które w Kosowie utworzyliśmy z butelek po piwie. Nie mieliśmy żadnych luków czy okien, więc po prostu zbudowaliśmy świetliki z butelek i cementu, który używaliśmy do tworzenia ścian. Trzeba zacząć od podstawowego wyobrażenia o tym, czego potrzebujemy, by odpowiedzieć na zidentyfikowaną potrzebę i umieć to powiązać z tym, co się ma. Rezultatem jest zwykle jakieś kreatywne rozwiązanie.

Pogadajmy o ryzyku związanym z takimi aktywnościami. O ich wadach lub po prostu o rzeczach, które cię martwią, gdy realizujesz podobne przedsięwzięcia.

Wrócę do Kosowa. Nie wszystkie zastosowane przez nas rozwiązania materiałowe okazały się wystarczająco trwałe. Nawet jeśli jesteś pomysłowy i zbudujesz sobie okna z zastępników, to bywa, że z czasem materiały te zaczynają tracić swoje właściwości, przegniją, będą przeciekać itp. W Kosowie ludzie chcieli ze zbudowanego przez nas wspólnie miejsca korzystać także zimą, ale okazało się, że całość słabo izoluje, zimą jest za zimno, a latem za gorąco, bo okien z cementu i butelek nie da się otwierać. Społeczność musiała więc je wymienić, bo w tej formie przestały spełniać swoje zadanie. Teraz wszystko wygląda czyściej i bardziej profesjonalnie, co trochę nas smuci, bo wcześniej było bardziej pomysłowo i zabawnie, ale oczywiście ważniejsze jest, żeby w budynku była odpowiednia temperatura albo by można było w nim coś bezpiecznie zamknąć, o co trudno, jeśli każdy może zawsze wejść do środka. Improwizacja ma zatem swoje minusy, bo nie zawsze można wykorzystać rozwiązania lepsze na dłuższą metę. Sądzę jednak, że proces jest często ważniejszy od rezultatu. Pokazanie członkom społeczności, że sami mogą zmienić wiele rzeczy, jeśli tylko chcą i włożą w to swój wysiłek, sprawia, że miejsce to nadal trwa, niezależnie od tego, że po drodze trzeba było zmienić jego pierwotny wygląd.

Toestand, Alle du Kaai, Bruksela, 2018, fot. www.toestand.be

A co z innymi typami ryzyka? Na przykład z sytuacją, w której społeczność przyzwyczai się do miejsca, a w pewnym momencie zjawia się właściciel i mówi, że przestrzeń nie może być dłużej w ten sposób wykorzystywana, bo np. pojawił się na nią kupiec lub decyzja administracyjna umożliwia inne jej wykorzystanie.

Pewnie. Zresztą to także wymiar trwałości, o której mówiliśmy przed chwilą – na jak długo coś jest. W Brukseli prowadzimy obecnie trzy inicjatywy, jedna z nich skończyła się [jako projekt – M.F.] rok temu i musieliśmy dla niej znaleźć inne miejsce. Zwykle nie jesteśmy jedynym podmiotem korzystającym z przestrzeni, którą zarządzamy. Miejsce, o którym mówię, miało dwudziestu partnerów. Wykorzystywano je do opieki nad dziećmi, w celach biurowych, jako centrum młodzieżowe, studio hip-hopowe, ogród warzywny i na wiele innych sposobów. Niektóre z tych organizacji mogły się przenieść w inne, docelowe przestrzenie, ale nie wszystkie. Czasem jest to smutne, bo oznacza koniec danej aktywności. Zwykle jednak udaje nam się wspólnie znaleźć tym organizacjom jakieś lepsze miejsce na dłużej, bo obecność w tymczasowej lokalizacji pomogła się jej rozwinąć – pojawiły się nowe doświadczenia, lepsze pomysły poszerzyły sieci społeczne, czasem udało się też coś zarobić.

Można też sobie wyobrazić zagrożenie zupełnie odwrotne: mamy ogród społecznościowy, który działa tak długo, jak długo inicjująca go organizacja pozarządowa animuje jego działalność. Gdy kończą się pieniądze z grantu lub aktywiści zmieniają swoje cele, takie miejsce podupada, ponieważ społeczność lokalna bez tego wsparcia przestaje się nim zajmować.

To ważny problem. Jest taki amerykański socjolog, Gordon C.C. Douglas, który napisał książkę The Help-yourself City: Legitimacy and Inequality in DIY Urbanism. Można w niej przeczytać o tym, do czego już się zresztą odnosiłem na początku rozmowy, a więc bywa, że aktywiści działają wedle schematu: „O, lubię ogrody społeczne, więc byłoby fajnie założyć tu takie miejsce”, ale potem nikt się tym ogrodem nie zajmuje, może dlatego że brakuje czasu, albo że ludzie odbierają dzieci ze szkół czy z innego jeszcze powodu. Sądzę, że zawsze najważniejsze jest to, by się upewnić, czy planowana przez ciebie interwencja jest wystarczająco dobrze zakorzeniona w danej społeczności; że nie robisz czegoś tylko dlatego, że tak chcesz albo myślisz, że to będzie fajne. Mamy taki przykład w Brukseli. W jednym z sąsiedztw, z którymi działamy, jest pewna pani, która bardzo chce mieć ogród warzywny, ale tylko jej na tym zależy, a sama nie da rady o wszystko zadbać. Wiemy to, więc staramy się jej to wyjaśnić, ale jednocześnie szukamy innych pomysłów na tę przestrzeń – na przykład dużo więcej osób z okolicy jest chętnych, by zbudować piec chlebowy, z którego wspólnie korzystaliby raz w tygodniu. Jeśli tak jest, to może lepiej zbudować piec chlebowy niż ogród warzywny. Piec będzie służył większej liczbie osób i bardziej odpowiadał na potrzeby.

Przedostatnie pytanie dotyczy tego, jak można wspierać inicjatywy, o których mówimy z pułapu władz lokalnych. Dosłownie kilka dni temu ukazał się artykuł opisujący ciekawą inicjatywę poznański władz miejskich, które tworzą listę śródmiejskich nieużytków, chodzi np. o dzikie parkingi w miejscu zburzonych pierzei kamienic lub tereny zielone na działkach budowlanych o niejasnym statusie prawnym. Władze proszą mieszkańców, by zgłaszali takie miejsca, co pomoże lokowaniu w nich tymczasowych inicjatyw: ogrodów miejskich, dostawianiu tam ławek itp. Sądzisz, że to dobry przykład wsparcia, o które pytam? A może wręcz odwrotnie: takie działanie będzie albo nieskuteczne – bo trudno odgórnie zakładać coś, co ma szansę jedynie jako inicjatywa oddolna, albo wręcz przeciwskuteczne – doprowadzi do pasteryzacji miejsc mających dzisiaj swoje alternatywne życie?

Najlepszy przykład współpracy z władzami, który znam z doświadczenia, pochodzi z Brukseli. Mam na myśli projekt Alle du Kaai. Władze miały swoim w posiadaniu teren z kilkoma nieużywanymi magazynami, który chciały zmienić w park. Taka transformacja zajmuje jednak kilka lat. W tym czasie władze chciały nieco rozwinąć społeczne zainteresowanie tą przestrzenią; sprawić by mieszkańcy poczuli się w niej bardziej jak u siebie. Szukano więc partnerów, którzy mogliby wesprzeć władze w tym działaniu i padło na nas. Władze dały nam te budynki we władanie, ale także trochę pieniędzy, które pozwoliły zatrudnić ludzi pracujących na rzecz tego przedsięwzięcia. Co ważne i rzadkie, administracja miejska zaangażowała się także merytorycznie w programowanie tego przedsięwzięcia, dzięki czemu my możemy czerpać z ich doświadczeń, a oni z naszych. Oczywiście taka współpraca wymaga czasu, bo trzeba wypracować wzajemne zaufanie. Zaufanie to jest niezbędne, by władze pozwoliły nam realizować swoje pomysły, ale także byśmy i my słuchali tego, o co nas proszą i co nam radzą. Ostatecznie jednak to bardzo dobry model współpracy. Myślę, że to, co może zrobić władza, starając się przetransponować te doświadczenia na inne miejsca, to uruchomić coś na kształt naboru na projekty, ale potem nie mówić tylko „tak” lub „nie”, ale raczej wejść w debatę z mieszkańcami. Rozmawiać na zasadzie: „Aha, a więc chcecie dom młodzieży, to powiedzcie, co przez to rozumiecie, czego potrzeba, czy jako miasto możemy to jakoś dofinansować, a jeśli nie mamy pieniędzy, to czy możemy wymyślić jakiś sposób, byście zarobili na ten cel pieniądze, które będziecie mogli sami w niego zainwestować?”.

Czy możesz sobie wyobrazić taką ofertę od miasta lub firmy, której byś nie przyjął? W tle tego pytania mieszczą się oczywiście zjawiska gentryfikacji i artwashingu. Kwestie te są żywe – jak wiem – nie tylko w Polsce, ale akurat w Polsce, przy braku odpowiednich regulacji, naprawdę trudno jest w przestrzeni publicznej robić cokolwiek, jeśli chce się mieć pewność, że kiedyś nie przyczyni się to do jej gentryfikacji.

Odwołam się do ciekawej dyskusji na ten temat, która odbyła się dwa tygodnie temu w Antwerpii. Uczestniczyli w niej między innymi holenderski minister kultury oraz flamandzki minister kultury. Rozmawialiśmy o tym, o co pytasz, bo w Holandii istnieje w tym zakresie wręcz otwarta polityka miejska. Można ją streścić w haśle: „OK, umieśćmy artystów na jakiś czas w określonej przestrzeni, tak by stała się ona bardziej trendy, dzięki czemu będziemy mogli wygenerować z niej więcej pieniędzy”. Oczywiście myślę, że nie powinno się postępować w ten sposób. Może da się to jednak zrobić inaczej: wspierać działania artystów na pewnym terenie, dzięki czemu obszar ten stanie się bardziej wartościowy, ale zgromadzone dzięki tej zwyżce środki zainwestować w dzielnicę, np. poprzez budowę mieszkań komunalnych, troskę o to, by zachować zróżnicowanie mieszkańców, czy tworzenie warsztatów, z których za niewielką opłatą lub za darmo mogą korzystać artyści. Nie chodziłoby więc tylko o branie pieniędzy z dzielnicy i używanie ich gdzieś indziej, ale o ich bezpośrednie inwestowanie w tej samej okolicy.

Potrzebujemy więc jakiegoś nowego rodzaju kontraktu.

Chodzi o wspólnotowe tworzenie miasta [collaborative city-making]. Poczynając od małych spraw, jak wspólne prowadzenie programu dla jakiegoś miejsca, po wspólne (z władzami) programowanie rozwoju danej dzielnicy. Znowu chodzi o dyskusję z prezydentami, a nie siedzenie w jakiejś wieży z kości słoniowej i spoglądanie z tej pozycji na jakiś plan czy rysunek. O tworzenie miast w sposób coraz bardziej deliberatywny.

Pepijn Kennis – koordynator działań w Toestand, organizacji pozarządowej z Brukseli, która zajmuje się reaktywowaniem opuszczonych przestrzeni na cele tymczasowych projektów społeczno-kulturowych. Wcześniej studiował socjologię i studia miejskie w Brukseli, Wiedniu, Kopenhadze, Lund i Madrycie.

Maciej Frąckowiak – socjolog, badacz miasta i kultury wizualnej. Autor i redaktor tekstów naukowych i popularyzatorskich o tej tematyce. Inicjator i kurator działań animujących miejską przestrzeń publiczną. Członek zespołu koordynującego program Bardzo Młoda Kultura Narodowego Centrum Kultury. Wykładowca School of Form.