W połowie listopada 2018 roku czarna, smolista mgła spłynęła na nas jak biblijny potop

Bolesław Chromry, ilustracja z Notesu dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę, Korporacja Ha!Art 2017, dzięki uprzejmości artysty

W połowie listopada 2018 roku czarna, smolista mgła spłynęła na nas jak biblijny potop. Smog pokarał nas dotkliwie, niby ósma plaga, za to, że pozostaliśmy przeciw i wybraliśmy konformizm. Do tego chmara nacjonalistów jak zwykle zaorała święto niepodległości niczym szarańcza, zapewniając idealne warunki środowiskowe do pielęgnowania depresji, jednym z głównych jej objawów jest przecież poczucie, że zasługujemy na karę.

Tymczasem idą święta, na chwilę przestaniemy więc myśleć chociażby o tym, że Ziemia umiera, poświęcimy się raczej kupowaniu prezentów albo mordowaniu ryb w imię christmas spirit. My tu sobie szykujemy czarujące niespodzianki, a za oceanem dziennikarze i myślicielki poważnie biorą się za kwestię (nie)zdrowia psychicznego klasy średniej. Dlatego w tym odcinku mniej będzie artu, a więcej terapii, bo akurat mamy o czym gadać. Wszystko zaczęło się tak naprawdę pod koniec października, kiedy na stronie The Baffler przeczytałam tekst Miyi Tokomitsu Tell me it’s going to be OK: self-care and social retreat under neoliberalism. Artykuł lawiruje wokół przekonania, że wyścig po sukces, będący do niedawna domeną korposzczurów, nie tylko obejmuje już każdy aspekt naszego życia, także pozapracowego, ale wpływa też znacznie na spadek naszej kondycji psychicznej. Neoliberalizm wymyślono tak, aby po pierwsze szczuł ludzi przeciwko sobie i doprowadzał do wyalienowania, a po drugie w tym systemie zdecydowanie więcej można przegrać, niż wygrać. I tak było do czasu, aż wymyślono nurt samopomocy, jak się okazało, produkt idealny dla rozchwianych emocjonalnie ofiar systemu. Tokomitsu zwraca uwagę na fakt, że akceptacja i poczucie przynależności do jakiejś grupy to naturalne potrzeby człowieka, dlatego płacimy terapeutom i kołczom, dlatego wydajemy kupę kasy na weekend z jogą na Mazurach, jemy według pięciu przemian, medytujemy, kupujemy książki, w których celebryci sprzedają nam receptę na sukces i szczęśliwe życie. Dlatego też w XXI wieku rządzi populizm, nacjonalizm czy radykalna prawica – faszyści rozumieją tęsknotę samotnej owieczki do stada, neoliberalizm niekoniecznie.

Ponieważ musimy uważnie patrzeć pod nogi, żeby nie zrobić ani pół fałszywego kroku – co zapewne doprowadziłoby do tego, że zrujnowano by nam całe życie – tym bardziej boli świadomość, że na każdy nasz drobniutki sukces ktoś piętro wyżej w hierarchii społecznej za nas popełni milion błędów, a konsekwencji oczywiście nie poniesie żadnych. Receptą na to, że źle się dzieje w USA, wydaje się, serio, chodzenie do SPA. Zresztą w Polsce chyba już też. Tymczasem nauczyciele strajkują, policjanci strajkują, pracownicy linii lotniczych strajkują, a wy co, biedaki, dalej moczycie się w wannie w soli kłodawskiej, jakby jutro miało nigdy nie przyjść?

Nic więc dziwnego, że wszyscy mamy depresję. Realia są takie, że świat płonie, a my sobie robimy powitanie słońca. No dobrze, ale co z tego wynika? Czy w złej kondycji psychicznej w ogóle możliwa jest jakaś sensowna interakcja z czymkolwiek, nie mówiąc już o zrzeszaniu się w imię polepszenia warunków egzystencjalnych wspólnoty? I co było pierwsze: neoliberalizm czy depresja?

I tutaj zahaczymy o drugą publikację dotyczącą problemów ze zdrowiem psychicznym na zachodzie: książki Lost Connections. Uncovering the Real Causes of Depression – and the Unexpected Solutions. Jej autorem jest Johann Hari, znany w Polsce szerzej z koszmarnie przetłumaczonej książki Ścigając krzyk, dotyczącej wojny narkotykowej. Otóż Hari między swoimi różnymi pomysłkami stawia tezę, że depresji częściej dostają ludzie wykonujący bezsensowną pracę. No i chyba nie istnieje lepszy przykład pracy bezcelowej niż praca artystyczna – do życia powołuje jedynie fikcje, i nie będę pierwszą, która to zauważyła. Teoretycy piszą o tym od lat tak dobitnie, jak np. Rebecca Schneider, która wprost nazwała to martwym kapitałem. Zrozumiecie chyba, że pisanie tej kolumny staje się dla mnie z odcinka na odcinek coraz bardziej już schizofreniczne; mam wrażenie, że w każdym numerze serwuję moim drogim czytelnikom jakieś remedium na bolączki naszego chorego życia, ale im więcej piszę, tym mniej już sama w to wszystko wierzę. Z pewnością jest to kwestia beznadziejnego stanu, do którego ludzkość doprowadziła świat – politycznie i ekologicznie, no ale nie jest łatwo rano wstawać każdego dnia ze świadomością, że już nic się z tym nie da zrobić. I mogę sobie trochę pośmieszkować z książki Johanna Hari, ale jednak prawda jest taka, że dopóki się tej beznadziei nie pozbędziemy, dopóty nie wyleczymy się z depresji. Plus jest taki, że dopóki jest depresja, dopóty ja mam o czym pisać. No a minusem jest, wiadomo, ten cały koszmar, z którym trzeba się na co dzień mierzyć.

I na finał polecam przyjrzeć się twórczości jedynego w Polsce artysty, który ten dwubiegunowy stan rzeczy rozumie, czyli Bolesława Chromrego. Moja ulubiona praca Bolesława to arkusz przypominający plakacik, na którym pędzlem – bo jakie inne narzędzie jest równie godne artysty jak umoczona w farbie czy czymś tam garść włosia pochodzenia odzwierzęcego ew. syntetycznego – napisano coś takiego: PANIE PREZYDENCIE, BARDZO PANA PROSZĘ, JAKO ŻE TAK JAK PAN KOCHAM KRAKÓW, O ZDELEGALIZOWANIE HOT DOGÓW W ŻABKACH, PRAWICOWEJ PRASY NA POCZTACH, TATUOWANIA POWSTANIA WARSZAWSKIEGO, MARATONÓW PRZEZ ŚRODEK MIASTA, RZEMIEŚLNICZYCH LODÓW, ALKOHOLU I KAWY ZA 19 ZŁOTYCH. Na tym obrazku przedstawia się nasze życie bez filtra, kiedy na śniadanie je się kaszę jaglaną ze świeżymi owocami, bo jeszcze trochę nam się chce, a po drodze do wieczora zmierzy się z tyloma przeciwnościami losu, że w drodze z pracy do domu człowiek styrany zamawia w osiedlowym sklepiku dwururkę, tj. hot doga z podwójną parówką. Większość z nas tego stanu nie zrozumie, bo jak mamy doła, to zajmujemy się aktywnością w Konsorcjum Praktyk Postartystycznych albo  – cytując inny obrazek Chromrego  – modlimy się o silną lewicę.

Tymczasem radością dla jednego człowieka będzie lektura książek, które mu właśnie przyszły z Verso, a dla drugiego np. sikanie w morzu. My, ludzie sztuki, uśmiechamy się na widok rysunków Bolesława Chromrego, ale uśmiech jest to gorzki, tak jak moje jajcowanie z dość oczywistych obserwacji Johanna Hari. Okazuje się, że dla jednych bujda to antydepresanty, dla innych aborcja na życzenie, a jeszcze innych picie wody z cytryną przed śniadaniem. Bujdy są więc różnorodne, ale bilans bujd wydaje się równoważny dla każdej strony. Chromry mówi więc: PO CO POLAKOM DEMOKRACJA SKORO JEST KOŚCIÓŁ ŻABKI DO 23 I NIEUSTAJĄCE POCZUCIE WSTYDU I WINY? (pisownia oryginalna). Chciałabym, żebyśmy w końcu przestali się kłócić o to, która bujda jest lepsza, ale nie mogę tego mówić głośno, bo nie wiem jeszcze, czy w przyszłości wolałabym być uznana za szczerą, czy raczej szanowaną.