Wymykając się podporządkowaniu

Z Arturem Szareckim, autorem książki Kapitalizm somatyczny. Ciało i władza w kulturze korporacyjnej, o performującym ciele pracującym rozmawia Bogna Świątkowska

Lewis Hine: Power house mechanic working on steam pump, 1920, źródło: commons.wikimedia.org

W swojej książce, poświęconej zasadniczo historii zarządzania pracą ludzi w organizacjach, firmach, fabrykach i korporacjach w XX i XXI wieku, wskazuje pan na zjawisko, które jest silnie obecne w kulturze, sztukach wizualnych, ale także w polityce – zwrot ku performatywności. Czym jest kapitalizm performatywny? I czym jest kapitalizm somatyczny, który występuje w tytule książki?

Odniesienie do performatywności pojawia się na sam koniec książki do analizy tego, co dzieje się teraz, gdy imperatyw wydajności łączy się z rosnącą przedstawieniowością pracy i coraz bardziej zindywidualizowanymi formami samokontroli. Oczywiście podobne wątki pojawiały się już wcześniej, natomiast teraz widać zespalanie się tych obszarów. Performatywność stała się dominującą modalnością władzy i uległa zinternalizowaniu: jednostki same czują, że powinny performować w odpowiedzi na wyzwania, jakie stawia przed nimi rzeczywistość. Stąd właśnie nacisk na ciągłe samodoskonalenie się, rozwój, zdobywanie nowych doświadczeń itd. Praca nad sobą to oczywiście także praca nad ciałem. Tym samym zwrot performatywny wpisuje się w szersze pojęcie kapitalizmu somatycznego, obejmujące całokształt dyskursów i praktyk, poprzez które ludzkie ciało było przysposabiane do różnych reżimów akumulacji w toku historii. W swojej książce skupiam się przede wszystkim na władzy, na kolejnych próbach podporządkowania ciała pracującego ekspertyzie z dziedziny zarządzania tak, aby zwiększyć jego produktywność, czy to fizyczną, czy umysłową, czy emocjonalną. 

Dzięki tej perspektywie poznajemy fascynującą historię roli jaką odgrywały ciała robotników, urzędników, pracowników w różnych typach organizacji. Spacer przez dziesięciolecia jest podzielony wyraźnymi punktami zwrotnymi, w których zmienia się sposób postrzegania użyteczności ciał, sposób kierowania ich pracą, ich samoświadomość oraz ich gotowość do samoorganizacji. Czy mógłby pan przywołać te najważniejsze momenty?

Koncentruję się przede wszystkim na wieku XX, który podzieliłem na trzy etapy. W kapitalizmie przemysłowym obiektem zainteresowania było ciało robotnika, wykonujące pracę fizyczną. Głównym wyzwaniem rewolucji przemysłowej było zaprzęgnięcie ciała do pracy regularnej, powtarzalnej, skoordynowanej, czego apogeum stała się taśma montażowa. Ta modalność sprawowania władzy polegała więc przede wszystkim na kontroli nad ruchami. Pracę rozparcelowywano na jak najdrobniejsze czynności, układano je w określoną sekwencję i w taki sposób dyscyplinowano ciało, by wykonywało pracę w sposób jak najbardziej wydajny ilościowo. Natomiast w momencie kiedy praca zaczęła stawać się umysłowa, a przetwarzanie rzeczy było zastępowane przez prace urzędnicze, marketingowe itp., polegające na kontaktach z ludźmi, albo na manipulowaniu symbolami, wówczas zmienił się też wizerunek ciała i sposób zarządzania nim w kulturze korporacyjnej. Dla mnie kluczowe jest tu ciało menadżera jako tego, kto musi przede wszystkim zarządzać swoim własnym wizerunkiem. Musi robić wrażenie na innych. W rezultacie techniki zarządzania zmieniają się z ilościowych na jakościowe. Efekty przestają być mierzalne, chodzi o projektowanie pewnego wizerunku zwycięzcy: pewności siebie, profesjonalizmu itd. Zaczyna liczyć się strój, pojawiają się poradniki, jak się ubierać do pracy, to wszystko staje się przedmiotem ekspertyzy. Wreszcie, w ostatnich dwóch dekadach, do głosu zaczyna dochodzić pojęcie kultury organizacyjnej, co wiąże się z rosnącą internalizacją władzy. Władza przenosi się z powierzchni ciała, do jego wnętrza, zaczyna obejmować emocje czy stany mentalne, oraz ich cielesne ekspresje. 

Przeprowadzona przez pana analiza podręczników z lat 70. dla mężczyzn i z lat 80. dla kobiet, jak się ubierać do pracy i jak strój „pracuje” w relacjach biznesowych, jest fascynująca i pokazuje jak wyraźne były podziały na to co może w pracy i jak jest postrzegane ciało kobiece i to co jest obszarem naturalnym dla ciała męskiego. Czy dziś to także jest takie ważne?

Tak. Te dystynkcje stały się z czasem bardziej subtelne, ale wciąż odgrywają istotną rolę. W książce analizuję też współczesne podręczniki dotyczące mowy ciała i tam często pojawiają się sugestie, aby kobiety w pracy unikały gestów, które podkreślają ich kobiecość. Przy czym to może być wszystko: od noszenia zbyt mocnego makijażu, przez bawienie się kosmykami włosów albo oblizywanie ust, po zbyt intensywne wpatrywanie się w oczy rozmówcy. Każdy z tych gestów może być bowiem odczytywany w kategoriach erotycznych. Jednocześnie ta seksualizacja kobiecego ciała zwykle jest naturalizowana przez odniesienie do wrodzonych cech biologicznych, wykształconych w toku ewolucji. W istocie jednak opiera się na przyjęciu męskiego ciała za neutralny standard tego, co uchodzi za skuteczną komunikację niewerbalną. Innymi słowy, choć ciało męskie również podlega rozmaitym technikom zarządzania dotyczącym wyglądu, mimiki, gestów itd., to różnica polega na tym, że w tym wszystkim nie musi ono wyrzekać się swojej męskości, gdyż ta symbolizuje pewność siebie i autorytet, które w biznesie są cenione.

Często opisując młode pokolenia mówi się, że nie potrafią pracować. W ostatnim czasie wątek sposobu pracy pojawia się często w rozmowach określających stanowiska pokoleniowe, tymczasem krytyczny osąd pokolenia „starszych” nie jest wynalazkiem naszych czasów, a powtarzającą się prawidłowością. Czy spadek jakości pracy potwierdzają badania?

Rzeczywiście, niejednokrotnie słyszałem opinie osób na kierowniczych stanowiskach, że pokolenie urodzone w latach 90. jest wyzute z odpowiedzialności, lojalności, że brak im dyscypliny itd. Wydaje mi się jednak, że należałoby to raczej rozpatrywać w kategoriach zmiany mentalności, która się w ostatnich latach dokonała. Prawdopodobnie jako skutek uboczny transformacji samej kultury korporacyjnej. Faktem jest, że nie ma już zatrudnienia na całe życie, praca coraz częściej postrzegana jest jako tymczasowa, nie dając gwarancji bezpieczeństwa, ani poczucia przynależności. Gdy w latach 80. pojawiła się moda na zarządzanie kulturą, firmy aspirowały do tego, aby pracownicy czuli się częścią większej całości. Starano się wpajać im wspólne wartości, kształtować ich postawy, wierząc, że dzięki temu, będą lepiej pracować. W praktyce okazało się to jednak mniej skuteczne niż sądzono – ludzi nie tak łatwo ideologicznie sformatować pod przyjęty wzór idealnego pracownika. Ważną rolę odegrały też przemiany rynkowe, które doprowadziły do rosnącej prekaryzacji pracy. To wszystko niewątpliwie przekłada się na postawy młodego pokolenia, sytuując je w opozycji do poprzedników.

Czyli następny rozdział w pana książce mógłby być o zarządzaniu ciałem wymykającym się. Czyli takim które wie, że musi pracować, ale wymyka się zarówno oddaniu umysłu, jak i oddaniu ciała, jest wyemancypowane, samoświadome, twardo negocjuje warunki. Co w takiej sytuacji dzieje się z zarządzaniem?

Generalnie im bliżej czasów współczesnych, tym analiza jest trudniejsza. Zmiany paradygmatów zawsze łatwiej wyodrębnić w perspektywie historycznej. Natomiast obecnie – tak jak zaznaczyłem w zakończeniu – wydaje mi się, że rzeczywiście dokonuje się jakieś istotne przesilenie. Może jesteśmy w jego przededniu, albo w trakcie, ale coś się na pewno zmienia. Niektórzy teoretycy coraz częściej piszą o tym, że zmienia się sam sposób postrzegania ciała. Nie jest już ono postrzegane jako wyodrębniony z otoczenia, zamknięty organizm, w który można ingerować. Zarządza się raczej ucieleśnieniem, rozumianym jako pewne pole relacji pomiędzy ciałami ludzkimi i poza-ludzkimi, zarówno organicznymi, jak i nieorganicznymi.  Stąd władza dotyczy raczej potencjału wzajemnych oddziaływań w określonych sytuacjach czy interakcjach. Może to dotyczyć np. podatności ciał na bodźce. W niedawnych badaniach zastanawiałem się nad użyciem muzyki i dźwięku do zwiększania produktywności pracy.

Co z nich wynikło?

Ten rodzaj zarządzania nie jest ideologiczny, a przynajmniej nie w pierwszej kolejności. Nie chodzi o to, że dźwięki niosą jakiś przekaz, a raczej o ich oddziaływanie sensoryczno-materialne, o to, jak mogą pobudzać czy angażować ciała, często poza świadomą kontrolą. Interesowałem się m.in. popularną stroną internetową Coffitivity, przy pomocy której można sobie w domu – lub w dowolnej innej przestrzeni – odtworzyć nagrania z kawiarni: niewyraźny szum rozmów, stukot sztućców, szuranie krzeseł itd. Człowiek czuje się wtedy, jakby pracował poza domem, w modnej kafejce, co ma poprawiać wydajność pracy kreatywnej. Badania, na które powołują się twórcy strony, wykazały bowiem, że średni poziom hałasu sprzyja generowaniu nowych pomysłów. Kiedy jest zupełnie cicho, to jesteśmy zbyt skupieni na konkretnym zadaniu, natomiast jeśli poziom hałasu jest niewielki, to nasze myśli zaczynają wędrować, uruchamia się myślenie skojarzeniowe i pojawia się szansa na nowatorskie idee. Z jednej strony Coffitivity odwołuje się więc do kulturowej symboliki kawiarni jako przestrzeni kreatywnej, ale z drugiej stara się oddziaływać na nas sensorycznie, grając nam w tle, poza świadomą uwagą, i dyskretnie pobudzając nasze ciała do jeszcze skuteczniejszej pracy. Innymi słowy, oddziałuje właśnie na pewien potencjał kreatywności, który aktualizuje się w spotkaniu z dźwiękiem.

Swoją drogą historia zastosowań muzyki w korporacjach jest fascynująca. Zwłaszcza po II Wojnie Światowej kiedy w Ameryce powstał Muzak, a w Anglii rozgłośnia BBC nadawała program Music While You Work, gdzie prezentowano specjalnie wyselekcjonowane nagrania, które miały wspomagać produktywność w fabrykach. Puszczano je w zakładach pracy przez głośniki po to, żeby pracujące ciała zestroiły się sensorycznie z rytmem, nastrojem muzyki. Najpierw puszczano nagrania pobudzające, allegro, a potem trochę uspokajano i tak na zmianę. W rezultacie ludzkie biorytmy miały dostosowywać się do porządku dnia roboczego. Tak więc takie próby sensorycznego oddziaływania na ciało pojawiały się już wcześniej, aczkolwiek podlegały też nieco innej logice.

A co z ucyfrowieniem naszego życia? Obszar zrobotyzowania świata pracy pojawia się w pana książce, ale w niewielkim stopniu. Chodzi nie tylko o zastąpienie człowieka pracą maszyn, ale także o wspomaganie człowieka w wykonywaniu obowiązków. Zresztą sytuacja odwrotna – zarządzanie człowiekiem przez maszynę – także budzi obawę.

Kwestia cyfryzacji jest z trochę innego porządku. W książce interesowało mnie przede wszystkim to, jak pewien rodzaj wiedzy eksperckiej – to, co określam mianem dyskursów zarządzania – ustanawiał kolejne modalności władzy nad ciałem. Nie badałem natomiast konkretnych materialnych aranżacji w środowisku pracy. Stąd np. w książce nie piszę też o zmianach przestrzeni biurowej, a to niewątpliwie byłby fascynujący temat i bardzo istotny w kontekście funkcjonowania ciała w kulturze korporacyjnej. Jednak wykraczał poza ramy, jakie musiałem sobie nałożyć, żeby w ogóle móc spójnie napisać o tak obszernym temacie. Podobnie jest z cyfryzacją, choć wydaje mi się, że ona często po prostu intensyfikuje te modalności władzy nad ciałem, o których pisałem w książce. Jeśli pomyślimy np. o stosowaniu algorytmów do zarządzania pracą w fabrykach albo sprzedaży telefonicznej, to jest to prawie czysty tayloryzm tylko na jeszcze wyższym poziomie intensywności: parcelowanie wszystkich czynności na części i matematyczne obliczanie najbardziej wydajnych kombinacji tak, aby wykorzystać każdą mikrosekundę, wycisnąć z niej jakąś wartość.

Z pańskiej książki wynika, że jednak ciało w układach organizacyjnych uczy się stawiać opór. Za każdą wprowadzaną innowacją z obszaru zarządzania po jakimś czasie idzie fala oporu i sprzeciwu. Pojawia się konieczność zmiany i coraz to nowe pomysły na to jak każda ze stron może zmaksymalizować swoje korzyści.

Rzeczywiście z pozoru moglibyśmy powiedzieć, że każda z opisanych formacji zarządzania poniosła porażkę z tego względu, że ciało zawsze w jakiś sposób się wydostawało. Nigdy nie udało się stworzyć kontroli doskonałej. Natomiast efekty poszczególnych form władzy kumulują się w czasie. Jeśli spojrzymy na wyrobnie ciuchów w Azji, to metody Taylorowskie sprzed 100 lat, jak najbardziej mają tam wciąż zastosowanie. Często są jeszcze bardziej zintensyfikowane, właśnie miedzy innymi przy użyciu komputerów. Stąd nie jest to liniowa historia, w której przechodzimy od jednej formy pracy i odpowiadającej jej modalności kontroli, do następnej. Pełno tu zapętleń i nawarstwień, a opór często pełni funkcję katalizatora, tworząc nowe pola ekspertyzy, nowe obszary ingerencji, w które władza stara się przeniknąć. 

Alfred T. Palmer: Operatorka tokarki wyrabia części do samolotów transportowych w fabryce Consolidated Aircraft Corporation w Fort Worth w USA, 1942, źródło: commons.wikimedia.org

Pisze pan też o kapitalizmie terapeutycznym. Co to takiego?

Kapitalizm musi coraz częściej walczyć z własnymi skutkami ubocznymi. Z problemami takimi jak wypalenie, stres, depresja. Odpowiedzią są często różnego rodzaju techniki typu mindfulness, albo wprowadzenie różnego rodzaju gier i zabaw w pracy, czy aplikacji na smartfony. Na przykład tzw. mood trackery służą do tego, żebyśmy sami mogli śledzić swój nastrój, notować, co na niego wpływa i przy pomocy prostych technik sami sobą zarządzać. Tutaj ciałem steruje się poprzez zwrotne oddziaływanie na odczucia, emocje, nastroje, po to, żeby lepiej przystosowało się do współczesnych reżimów pracy. Żeby wykrzesało z siebie więcej energii, więcej optymizmu, więcej zaangażowania, które potem można spożytkować na rzecz wydajności.

Bardzo ciekawie pisze pan o zachęcaniu pracowników, żeby w pracy ujawniali swoje emocje, życie wewnętrzne, nawet sen. Zarządzanie sennością? Proszę bardzo! Możemy się zdrzemnąć – po to jednak, żeby później być bardziej produktywnymi. Takie wpuszczanie pracy w kolejne obszary powoduje nieprzyjemne poczucie utraty sfery, w której jesteśmy naprawdę prywatni. Powstało na ten temat wiele świetnych prac: i artystycznych i badań socjologicznych. Ale zapytam o coś innego. W pańskiej książce, mimo naukowej postawy, można wyczuć, że pan stoi po jednej ze stron. I nie jest to strona zarządzających.

Jestem humanistą a moje podejście w dużym stopniu czerpie z teorii krytycznej, stąd taki, a nie inny, wydźwięk książki. Natomiast nie wydaje mi się, żeby można tu było mówić o wyraźnie zarysowanych stronach. Jak staram się pokazać, logika władzy w kulturze korporacyjnej obejmuje także tych, którzy zarządzają. Ich ciała również podlegają regulacji i doświadczają jej skutków. A reżimy produktywności na najwyższych stanowiskach często są bardzo dotkliwe. Oczywiście nie znaczy to, że nie ma nierówności lub że są one dla mnie nieistotne, ale w książce pojęcie władzy odnosi się raczej do bezosobowych, strukturalnych mechanizmów, które przenikają całą kulturę korporacyjną i określają dominujące sposoby zajmowania się ciałem.

Jest pan kulturoznawcą, co spowodowało, że zainteresował się pan zarządzaniem?

Jako pierwszy kierunek studiów skończyłem zarządzanie. Prawdę powiedziawszy, wtedy był to kierunek często wybierany przez osoby, które nie do końca wiedziały, co ze sobą zrobić. Ja po skończeniu liceum zdawałem na etnologię i na zarządzanie. No i dostałem się na zarządzanie, a nie na etnologię. A wówczas był to kierunek uchodzący za „elitarny”. Pamiętam, że na pierwszym roku mówiono nam, że wiele osób jeszcze przed skończeniem studiów idzie wprost do kadr menadżerskich. Kiedy jednak doszedłem do piątego roku, to okazało się, że rynek jest nasycony na 5 lat i nie ma pracy [śmiech]. To oczywiście przesada, większość moich znajomych po zarządzaniu bardzo dobrze sobie radzi, natomiast ja sam nie do końca się w tym wszystkim odnajdowałem i po trzecim roku zdałem na kulturoznawstwo. Natomiast z perspektywy czasu wydaje mi się, że te moje pierwsze studia to atut, bo niewielu humanistów w ogóle sięga po literaturę z zarządzania i orientuje się w tym obszarze. A przecież rozwój tej dziedziny wiedzy miał – i nadal ma – ogromny wpływ na życie społeczne i współczesną kulturę. Tymczasem ciałem pracującym mało kto się w ogóle zajmuje naukowo. W teorii humanistycznej ciało długo funkcjonowało jako ciało konsumpcyjne, ciało seksualne, ciało zmedykalizowane, czy stechnicyzowane. Natomiast wątek pracy, która zajmuje tak pokaźną część naszego życia, obecnie chyba bardziej niż kiedykolwiek, z różnych powodów nie był prawie w ogóle podejmowany. Dla mnie uderzające było, jak ta luka w badaniach nad ciałem koresponduje z głównymi hasłami kapitalizmu kognitywnego – obwieszczeniami, że ciało już się nie liczy, bo wszyscy pracujemy umysłowo. Zupełnie jakbyśmy nagle zaczęli żyć w jakiejś abstrakcyjnej sferze idei, gdzie każdy może uwolnić swoją kreatywność, nie przejmując się tak przyziemnymi rzeczami, jak ciało. Napisałem tę książkę między innymi po to, żeby pokazać, że jest inaczej. Może rzeczywiście praca fizyczna w kulturach zachodnich nie jest aż tak rozpowszechniona, jak niegdyś, ale to nie znaczy, że ciało przestało być w tę machinę kapitalistyczną wprzęgane lub że nie pełni w niej istotnej roli. Krytycznie analizując rozwój teorii zarządzania można to doskonale zobaczyć. Przez całą swoją historię dyscyplina ta miała bardzo szlachetne ideały: Taylor chciał rozwijać człowieka do realizacji pełni jego potencjału, zarządzanie przez kulturę też miało sprawiać, że wszyscy będą bardziej szczęśliwi. Natomiast środkiem do realizacji tych celów często były różne formy kontroli nad ciałem – od ruchów i zachowań, przez wygląd i wizerunek, po odczucia i stany emocjonalne.

Czyli historia zarządzania to opowieść jasnych i ciemnych stronach człowieka, dramatycznych próbach bycia lepszym czy lepszą, niż się jest. O tym jak człowiek panuje nad sobą, ale też uczy się jak wykorzystywać siłę innych?

Ze względu na obrany temat koncentrowałem się raczej na tych najbardziej humanistycznych odłamach zarządzania. A przecież może ono dotyczyć także gospodarki zapasami, optymalizacji parku maszynowego albo struktury organizacyjnej. Mnie natomiast interesowało przede wszystkim to, co miało największe przełożenie na funkcjonowanie ciała w pracy. Stąd pominąłem np. podejścia matematyczno-ilościowych. Jest to więc historia selektywna, co jednak nie zmienia faktu, że różne założenia dotyczące natury ludzkiej i tego, jak ją usprawnić bądź ujarzmić, stanowiły integralną część rozwoju dyscypliny.

Czy są jakieś nowe zjawiska, o których warto wspomnieć w ramach uzupełnienia tego, co zawarł pan w książce?

Po napisaniu książki, moja uwaga zwróciła się bardziej na ciało w kontakcie z dźwiękiem i muzyką, a więc tematy sytuujące się gdzieś na pograniczu kulturoznawstwa i sound studies. Wydaje mi się, że w teorii humanistycznej ciało wciąż jest zbyt zdematerializowane. Interesują nas przede wszystkim różne sposoby myślenia i mówienia o ciele – to, jak nadajemy mu znaczenie i jak to znaczenie przekłada się na sposoby zajmowania się ciałem, jak znajduje odzwierciedlenie w różnych praktykach cielesnych. Natomiast w wielu nowych nurtach – takich, jak zwrot afektywny, nowy materializm, post-humanizm itp. – nacisk przenosi się ze sfery symbolicznej na relacje materialne, które operują poza-językowo. Na przykład, w moim ostatnim projekcie posługuję się pojęciem władzy posthegemonicznej, czyli takiej formy kontroli, która dokonuje się na poziomie afektów i nawyków, a nie różnego rodzaju środków ideologicznych. Dźwięk, ze względu na swoje właściwości wibracyjne, może stanowić dobry przykład takiego działania. Czasem nawet w kontekście pracy. Opowiadałem już o Coffitivity, a obecnie przyglądam się zjawisku lip dubów, czyli krótkich filmów wideo, w których ludzie udają, że śpiewają do piosenek, często przy tym tańcząc lub poruszając się zgodnie z dopasowaną do muzyki choreografią. Na YouTube można obejrzeć sporo takich klipów nagranych m.in. przez pracowników korporacji. Pojawiły się też firmy, które oferują profesjonalną usługę realizacji lip dubów dla biznesu. W zasadzie można by więc to rozpatrywać jako pewną technikę zarządzania ciałem.

A czemu to ma służyć?

W literaturze z zarządzania pojawiło się kilka artykułów, według których lip dub ma służyć przede wszystkim promowaniu pozytywnego wizerunku firmy na zewnątrz. No bo te klipy są w internecie, można zobaczyć, jak wszyscy razem dobrze się bawią, tworząc przy tym zgrany zespół. Mnie natomiast interesuje to, w jaki sposób lip dub działa na ciało. Rozpatruję go więc jako pewną technikę władzy, która operuje przede wszystkim na poziomie materialnym. Muzyka oddziałuje na nasz oddech, rytm serca, działa na nas zarówno fizjologicznie, jak i mentalnie. Pobudza, wprawia w określony nastrój. Do tego dochodzi synchronizacja ruchowa, zbiorowe zestrojenie ciał w rytm utworu. Pod pewnymi względami byłaby to więc kontynuacja Muzaku, ale oparta na innej modalności władzy. Nie jest już odgórnie narzucana, nie ma systemu głośników, poprzez które strumień dźwięku wylewa się na pracowników, działając na nich czysto fizjologicznie. Jest to raczej dobra zabawa z wymiarem terapeutycznym, tworzenie pewnej atmosfery, która pozostawia psychosomatyczny ślad, mający zwiększyć zdolność ciał do wspólnej pracy.

Sporo mówiliśmy o biznesie, ale jak to się ma do samozarządzania i takich sfer jak na przykład oddolnie organizowana praca kooperatywna, czy działania w kulturze, gdzie dużą rolę odgrywa samozarządzanie? Tu efektywność pracy ciała i procedur, którym jest ono poddawane, jest także istotna, dyscyplina jest niezbędna do osiągnięcia efektu. Może chodzi o to kto czerpie korzyści z ciągłego napięcia między przymusem, a oporem?

Po kryzysie w latach 70., wiele firm także eksperymentowało z bardziej elastycznymi systemami zarządzania, w tym opartymi na oddolnej organizacji pracy. W książce przywołuję np. świetny artykuł Jamesa Barkera, który prowadził badania w niedużym przedsiębiorstwie, przechodzącym zmianę od hierarchicznej struktury do współdziałania niezależnych zespołów w oparciu o kolektywne decyzje. O ile w pierwszej fazie rzeczywiście udało się osiągnąć konsensus, wypracować pewną wspólną etykę pracy, o tyle w kolejnej – gdy do zespołów zaczęli dołączać nowi członkowie, którzy nie uczestniczyli w tych początkowych negocjacjach – nastąpił powrót do egzekwowania posłuszeństwa. Z tym, że kontrola nie była już sprawowana przez menedżerów, a przez innych pracowników. W rezultacie władza stała się mniej jawna, ale równie opresyjna. Tak więc mechanizmy, które analizuję w książce nie muszą dotyczyć tylko hierarchicznie ustrukturyzowanych korporacji. Tym bardziej, że ekspertyza zarządzania podlegała postępującej popularyzacji, stopniowo przenikając do innych obszarów – do instytucji kultury, do edukacji, a nawet do sfery nieformalnych kontaktów międzyludzkich. W istocie samozarządzanie można by uznać za podstawowy imperatyw naszych czasów – każdy ma przecież, w pierwszej kolejności, zarządzać samym sobą. Bycie przedsiębiorczym jest przedstawiane jako klucz nie tylko do sukcesu zawodowego, ale także osobistego. Tak więc, niezależnie gdzie pracujemy, i tak każdy czy każda z nas żyje w kulturze korporacyjnej i podlega panującym w niej naciskom. Także tym dotyczącym ciała.

Wywiad ukazał się na łamach listopadowego numeru Notesu Na 6 Tygodni. 

Artur Szarecki – badacz kultury współczesnej i krytyk muzyczny. W 2013 roku otrzymał tytuł doktora nauk humanistycznych w zakresie kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Interesuje się zagadnieniami cielesności, kapitalizmu i kultury popularnej. Ponadto, jako autor tekstów publicystycznych, współpracuje z „Dwutygodnikiem”, a jako redaktor muzyczny z serwisem „beehype”, prezentującym piosenki z całego świata. Autor książki Kapitalizm somatyczny. Ciało i władza w kulturze korporacyjnej wydanej przez Wydawnictwo Drugie w 2017 r.