Śmieszne, bo to błąd

A znacie tę anegdotę o wybitnym krytyku Erskim, który przychodził do nas regularnie z koszykiem na zakupy, takim wiklinowym jak kiedyś były, i ładował do niego wszystkie nowości, które wpadły mu w ręce? To była taka od dawien dawna tradycja, przekazywana oralnie przez starszych pracowników pracownikom młodszym, razem zresztą skłębionych i na wpół zapomnianych procedur oraz wyjątków od procedur, stanowiących łącznie tak zwaną kulturę organizacji. Otóż w pewnym momencie – a były to późne lata dziewięćdziesiąte – kultura organizacji została gwałtownie, jednego dnia, zastąpiona w wyniku wrogiego przejęcia przez kulturę korporacyjną. W związku z tym na wejściu do budynku zorganizowano biureczko dla ochroniarza oraz szlaban z pipkiem na kartę. Krytyk Erski na ten widok sapnął ponoć i powiedział, że nazywa się Erski i że on jak zawsze – do wydawniczego. Na co ochroniarz powiedział: oczywiście, proszę pana, wszystko jasne. Podniósł słuchawkę i powiedział: „Pan kanapka!”.

A tak w ogóle, kontynuowała Ania (kończąc gołąbka), to podoba mi się ta forma: „pan kanapka”. To dobry konkret – określanie człowieka przez produkt jego pracy. Szczepan Twardoch, na przykład, pan-książka. Albo nasz Pawełek z social mediów, kojarzysz, to byłby chyba pan-lajek. Pan-szer-mema. Można być dumnym. Choć z niektórymi to ciężko. Ten Jacek, to co właściwie? Pan-porada? Pan-komunikacja-wewnętrzna? Od razu widać, kto ma ściemnione stanowisko. Jakby to rozpisać szerzej, na całą strukturę, to od razu by wyszło, gdzie coś nie gra. Na przykład Marek ma umowę o dzieło na fotoedycję, ale robi projekty oświetlenia, mimo że od zawsze zajmował się programowaniem. Ostatnio powiedział mi, że jego największy tegoroczny sukces miał miejsce po godzinach, kiedy to dobrał się do naszej strony internetowej – będącej w jurysdykcji działu promocji, zarządzanego przez bardzo uzdolnionego tłumacza języka niemieckiego – i z sukcesem połączył się, jak to ujął, z API programu trackingowego. Powiedział: pobrałem dane o wizytach, w agregatach albo suróweczkę, po czym wszystko pięknie oczyściłem i przez Google Data Studio zassałem do arkusza, który potem, rozumiesz, karmi daszbordy. Ciebie to pewnie nie kręci, powiedział, dla ciebie internet to pewnie taka – cytując Koheleta, he, he – marność nad marnościami. Mówię ci, powiedział, wy z Maryśką to przynajmniej macie poczucie, że pchacie świat ku lepszemu.

Ależ nie, odpowiedziałam, powiedziała Ania, to co pchamy, to pchamy z niechęcią, na pozycje wyznaczone przez osoby, które już tu dawno nie pracują, bo zostały zastąpione przez osoby z awansu poziomego. Gdyby ktoś lekko klepnął dłonią w naszą strukturę jak w zepsuty telewizor, to może wszyscy wpadliby na swoje miejsce. Teraz wszyscy na pół centymetra odstają, stanowiska nie pokrywają się z ludźmi, więc ludzie nie wpadają w odpowiednie dziurki. Nogą zahaczają o krawędź, a ramieniem grzebią ślepo w pustce poza strukturami organizacji. Kończą połamani albo w najlepszym razie z wiecznym skurczem układu mięśniowego.

Kochana, powiedziała pani Teresa, ja się obawiam, że to metafora szersza, życiowa. Te miłości nasze, nasi kochankowie – są zawsze prawie tacy, o jakich by nam chodziło, ale jednak nie do końca. Podobni, ale niestety nieidentyczni z tymi, których mamy na myśli.

I chyba jedyną znaną mi osobą, która umie poradzić sobie z tym wiecznym niedopasowaniem jest pani Eliza – znacie? Z działu kadr? Nic jej tak nie śmieszy jak jej własny błąd – szczególnie gdy wytknie go ktoś bardzo niepozorny, o usposobieniu szczególnie humanistycznym. Proszę spojrzeć, powiedział jej ostatnio Romek, nie dała pani parafki, a data delegacji nie zgadza się z fakturą za hotel. Na co Pani Eliza, osoba nadzwyczaj poważna i skrupulatna, zachichotała, a jej twarz, zazwyczaj skamieniałą, ożywiły nagle, jakby magiczna latarnia wyświetliła jej nerwy na skórę, gwałtowne wyładowania radości i śmiechu – glicze szczęścia.