Pewnego dnia obudziłam się nagle nad ranem z uczuciem, że dożyłam niemożliwego

Jon Rafman, z cyklu Nine Eyes of Google Street View; źródło: https://9-eyes.com/

Pewnego dnia obudziłam się nagle nad ranem z uczuciem, że dożyłam niemożliwego – słynny youtuber Klocuch doczekał się własnej wystawy. Mam znajomego, który już od lat zapowiadał, że to się wydarzy, jednak do roku 2018 nikt nie brał jego przepowiedni zbyt serio. Ów znajomy na co dzień pracuje w dosyć szanowanej instytucji kultury, a w wolnych chwilach para się teoretyzowaniem praktyk postartystycznych. Któregoś jesiennego popołudnia wybraliśmy się na kawę. Popijając cappuccino, znajomy wyznał mi, że im więcej teoretyzuje i bada, tym mniej wierzy w to, że sztuka ma jakikolwiek wpływ na rzeczywistość. Ponieważ jako osoba z ciężką depresją raczej źle znoszę, gdy cały świat mi się wali, oczywiście nie mogłam się ze znajomym do końca zgodzić, aczkolwiek przyznałam, że pewne struktury należałoby najpierw usprawnić, abyśmy mogli w spokoju zajmować się sztuką i jej wpływem na naszą żałosną sytuację życiową i polityczną.

To powiedziawszy, znajomy zapytał mnie: „A nie chciałabyś się po prostu zapisać do jakiejś partii?”. Litości, do jakiej partii?! No przecież się nie zapiszę do Razem… Pech chciał, że retrospektywa Klocucha, wyznanie znajomego i rozważania o wkroczeniu w prawdziwą politykę zbiegły mi się w czasie z zakupem książki Strike Art. Contemporary Art and the Post-Occupy Condition Yatesa McKee, która krąży w zasadzie wokół moich wszystkich jesiennych dylematów. Co ciekawe, McKee pierwszą i dość obszerną część książki poświęca w dużej mierze parahackerskiej działalności artystycznej z początków ery internetów (wczesne lata 90.). Opisywane przez niego akcje wpisują się w poczet dzisiejszego net artu, tak samo jak youtube’owe imaginarium Klocucha. No więc co, jeśli upłynnienie granicy między artystą a twórcą internetowego kontentu to remedium na spadek sprawczości sztuki w czasach, których nastroje dyktują tweety Donalda Trumpa? Innymi słowy, lepiej być artolem, youtuberem czy wstąpić do partii?

Yates McKee krytykuje romantyczną wiarę w sprawczość sztuki oraz idealizowanie historyjek o partycypacji. Postuluje, za Claire Bishop, aby aktywizm jednak pozostawić aktywistom. Idąc za ciosem, ja politykę odstępuję politykom, a co do sztuki, to proponuję triadę platońską prawdy, piękna i dobra zamienić na triadę Kanye’go Westa – prawdę, piękno i zajebistość (beauty, truth, awesomeness). W sztuce koniec końców zawsze chodzi o to (i w tym również leży jej sprawczość, jeśli w ogóle takową ma), żeby zrobić zajebiste wrażenie.

Zgodzicie się jednak, że w erze postinternetowej zajebistego wrażenia nie robią już na nas spektakularne artystyczne realizacje, jak to było w latach 90. Dzisiaj wygrywa ten, który potrafi przekopać się przez tony memów i znaleźć ten jeden, który trafi naprawdę w punkt. Wszyscy ci autorzy piszący o sztuce flirtującej z protestem odwołują się do sytuacjonistycznych tradycji, gdy mówią o zaangażowaniu, sprawczości, partycypacji. Ja widzę przechwycenie właśnie w konstruowaniu śmieszkowego kontentu. Receptą na udany mem jest coś pięknego, coś prawdziwego i coś robiącego zajebiste wrażenie. Mniej więcej wtedy, kiedy Klocuch rozpoczął swoją youtubową działalność w internecie, zadebiutowało Google Street View. Także w tym czasie kanadyjski artysta Jon Rafman zaczął kolekcjonować najlepsze ujęcia z kamer Google krążących po ulicach świata, i znacznie wcześniej nim komukolwiek przyśniły się memy w takiej formie, w jakiej ich dziś używamy, Rafman za pomocą przechwycenia stworzył zupełnie nową bibliotekę found footage na miarę XXI wieku, pozbawioną romantyzmu, za to pełną zajebistości.

Jon Rafman, z cyklu Nine Eyes of Google Street View; źródło: https://9-eyes.com/
Jon Rafman, z cyklu Nine Eyes of Google Street View; źródło: https://9-eyes.com/

Projekt Nine Eyes of Google Street View miał premierę w 2008 roku i w różnych formach trwa do teraz. Znany bardziej z dziwacznych epopei 3D Rafman spędził naprawdę wiele godzin, oglądając miejsca uchwycone kamerą Google. To właśnie moment robienia zrzutu ekranu nadaje ujęciu podmiotowość, której momenty uchwycone na Street View nie posiadają, ponieważ są dziełem bezdusznego automatu. Poza tym wiecie przecież, że ja i moja depresja uwielbiamy wirtualne zwiedzanko świata. Siła projektu Rafmana leży nie tylko w przechwyceniu, ale także w pozostawianiu zdjęć w przestrzeni internetu, bez okraszania ich zbędnym komentarzem. Jak powiedział król neta Klocuch: po co bajdurzyć, jak można cichać. Przeglądając Nine Eyes of Google Street View, wielokrotnie trafiamy na glitche i usterki sprzętu, co dotyczy zarówno kamery – gdy np. idącego powolutku starszego pana uchwyciła na jednym zdjęciu dwa razy, co wygląda raczej tak, jakby jakiegoś dziadka gonił jego zły doppelgänger – jak i algorytmów, kiedy według obliczeń zdolnej niemalże do rządzenia światem maszyny należy rozmazać nie tylko twarz ludzką, ale również pysk słonia, wyglądającego dziewięciookiego potwora zza wysokich traw.

Zapytacie mnie więc o tę sprawczość sztuki, a ja wam odpowiem: i tak, i nie. Czy lepiej być artystką, polityczką czy twórczynią kontentu, odpowiem: nie wiem, bo w gruncie rzeczy to jedno i to samo, a opowieść o Jonie Rafmanie powinna was przekonać, że tak właśnie jest. Jeśli chcecie coś zmienić na świecie, to po pierwsze idźcie na wybory, po drugie przestańcie używać słomek, a po trzecie zastanówcie się nad tym, co oglądacie w internecie. Panuje powszechne przekonanie, że siedzenie na feju czy Instagramie to prokrastynacja i strata czasu. Sama jeszcze do niedawna podzielałam ten pogląd. Zapomnieliśmy o tym, że internet jest naszym podstawowym źródłem wiedzy, pamięcią zastępczą i oknem na świat. Owszem, jest w nim pełno złych emocji i fejkowych wiadomości, ale – podobnie jak trawiąca obecnie świat wojna informacyjna – rewolucja już się nie wydarzy na ulicach, bo są one nawet na Street View w większości opustoszałe. Jeśli chcecie się buntować, róbcie to online, także dlatego że nic, co wirtualne, nie zginie i nikt wam tego buntu nie odbierze. I na Boga, przestańcie już nawoływać do odstawienia ekranów i psioczyć, że internet to zło. Nic lepszego już nam się nie przytrafi.