Taką bajeczkę za kilkadziesiąt lat będą sobie opowiadać nasze wnuki w podziemnych schronach

Carlos Alex Marrodán Casas do Warszawy trafił w wieku trzech lat. Był 1951 rok, dla hiszpańskiego małżeństwa z małym dzieckiem Polska musiała być dość nietypowym azylem. Ale była. Było mieszkanie na Pradze i życie w dwóch językach. Pewnie dzięki temu dorosły Carlos stał się jednym z najważniejszych tłumaczy hispanojęzycznej literatury w Polsce. Przekładał m.in. książki Vargasa Llosy, Garcii Marqueza (moje ukochane Jesień patriarchy i Miłość w czasach zarazy). To w jego tłumaczeniu dostaliśmy megahit literatury hiszpańskiej, Cień wiatru Carlosa Ruiza Zafóna. W październiku, przy okazji Międzynarodowego Dnia Tłumaczy, w niewielkim nakładzie, nie na sprzedaż, ale na pokaz, jako prezent, ciekawe uhonorowanie, nakładem wydawnictwa Muza i przy zaangażowaniu wybitnych tłumaczy, jak Filip Łobodziński, Joanna Karasek, Wojciech Charchalis czy Tomasz Pindel, ukazały się Opowiastki dla Carlosa. Osobiste historie opowiedziane przez tłumaczy i tłumaczki oraz przełożone przez nich opowiadania wybitnych pisarzy i pisarek to piękny i wzruszający gest, a dla nas możliwość poznania też twórców i twórczyń mniej znanych, jak Hebe Uhart czy Carmen Riera, oraz przypomnienie sobie o pisarzach wybitnych, acz zapominanych, jak Miguel de Unamuno. Mnie zaś wzruszyła Marzena Chrobak, która zdradziła, że w oryginale tytułu książki Sabiny Berman, Dziewczyna, która pływała z delfinami zamiast butlonosych są… tuńczyki. „Biorąc pod uwagę, że w polskim imaginarium tuńczyk ma postać strzępów w puszce, decyzję wydawcy można uznać za usprawiedliwioną”, pisze tłumaczka. A ja googlam, jak wygląda żywy tuńczyk. Nie jest to na pewno ryba obca Carlosowi, skoro jest współautorem książki kucharskiej. I tak płynnie przechodzimy do przepięknej pozycji wydanej przez Muzeum Powstania Warszawskiego. Jodie Baltazar z Pauliną Jeziorek opracowały „przewodnik po dzikich jadalnych roślinach stolicy”, czyli Głodni zielonej Warszawy. Były już przewodniki po Warszawie z różnych perspektyw – architektury, mozaik, gejowskiej, herstorycznej, żydowskiej, ale żeby łazić po mieście i szukać czegoś do żarcia na trawnikach? Czemu nie! Wgryźmy się w to! Wydawca co prawda przestrzega, by nie żreć (tj. kosztować), co popadnie z trawnika, a wszystko, co robimy, robimy na własną odpowiedzialność, ale… Jodie Baltazar jest amerykańską artystką, która do Warszawy przyjeżdża od kilkunastu lat i obserwuje zmieniającą się stolicę. I choć zmiany ją cieszą, to wciąż znajduje perspektywy, w których jest wiele do zrobienia. I taką jest nasze dostrzeganie miejskiej roślinności w pierwszej kolejności, bo jej jedzenie to już krok drugi, dla tych o mocniejszych nerwach. Wbrew pozorom (albo i trochę, niestety) Głodni zielonej Warszawy to zbiór naprawdę poważnych informacji o roślinach i tak wielu przestróg przed ich jedzeniem, że mimo atrakcyjnej formy, świetnej okładki (Magdalena Piwowar), pięknych ilustracji (Agnieszka Kubiszewska-Krawczyk), trochę straciłem apetyt. No i wbrew tytułowi większość książki zajmuje zwyczajny „atlas dzikich roślin jadalnych”, z uwzględnieniem występowania w Warszawie, ale jest to lektura mało pasjonująca. Odrobinę ciekawszy jest dział „mapy”, gdzie autorka pokazuje miejsca zielone w warszawskich dzielnicach i próbuje je scharakteryzować, ale z przewodnikiem to ma niewiele wspólnego. Bliżej książce do wademekum, pięknie wydanego, ale jednak mało fascynującego w treści. Na spacer po dzielnicy nie wezmę, ale widzę siebie, jak wraz z psiakiem solidarnie przeglądamy ofertę naszego przydomowego trawniczka. Jeszcze trochę zieleni zostało, jesień rozświetla się momentami, można zatem jeszcze pohasać po terenach zielonych w celach żywieniowych.

Wojtek Szot

Taką bajeczkę za kilkadziesiąt lat będą sobie opowiadać nasze wnuki w podziemnych schronach, patrząc przez lufciki wentylacyjne, jak ziemię pustoszą huragany i trąby powietrzne, bez przeszkód mknące przez pozbawione lasów, gorące równiny. Wyniki badań są jednoznaczne: albo przestaniemy jeść mięso, albo pożałujemy. Przemysłowa hodowla zwierząt i paszy dla nich odpowiedzialne są za emisję olbrzymiej ilości gazów cieplarnianych, które wpływają na zmianę klimatu i związane z nią anomalie pogodowe (jak wam się chodzi z krótkim rękawem w listopadzie?). Możemy odmawiać picia przez plastikową słomkę i jeździć wszędzie rowerem, ale jeżeli nie pohamujemy swojej chętki na zjadanie zwierząt (i to za niewielkie pieniądze), nic nam nie pomoże. Dlatego w trosce o przyszłość planety przygotowałam przegląd książek, które mogą ułatwić decyzję o przejściu na wegetarianizm lub weganizm.

Dla początkujących odkrywców prawdziwej ceny taniego mięsa polecam Osobowości na talerzu Barbary King. Autorka skupia się na zagadnieniu osobowości zwierząt – czy mniej chętnie konsumujemy stworzenia, którym skłonni jesteśmy przyznać pewną indywidualność i zdolność do odczuwania emocji? Jak „policzyć” cierpienie żywych istot? Czy możemy zdecydować, że ból u ryby jest tym samym co u ból u krowy i tym samym co u człowieka? Czy możemy z kolei traktować nawyki żywieniowe krajów rozwijających się tak samo jak nasze wybory w supermarketach sytego Zachodu? Każdy rozdział poświęcony jest innemu rodzajowi stworzeń: owady, ośmiornice, ryby, kurczaki, kozy, krowy, świnie i – trochę zaskakująco – szympansy.

King dość dobrze wypada w roli adwokata diabła. Opisując eksperymenty i wyniki badań w zakresie inteligencji i odczuwania zwierząt, zadaje pytania, które postawiłby przeciętny zjadacz chleba. Skąd to wiemy? Jak właściwie skonstruowane jest to konkretne badanie i czy jego wyniki mogą być miarodajne? Jak traktować obiegowe stwierdzenie, że świnie dorównują poziomem intelektualnym trzylatkom? King pisze, że takie myślenie – chociaż obrazowe – pozbawione jest sensu. Ryby nie posługują się narzędziami w sposób tak zaawansowany jak szympansy, ale skutecznie rozwiązują swoje problemy w swoim środowisku. Czy to nie wystarczy? Czy to, że nie maja kory mózgowej, oznacza, że nie są w stanie odczuwać bólu lub stresu? „Żadne zwierzę nie musi czuć jak my, żeby zostać uznane za istotę czującą; żadne nie musi być inteligentne jak my, żeby zostać uznane za inteligentną indywidualność” – pisze King.

Plusem tej narracji w jej wymiarze wegetariańsko-wegańskim jest łagodność. Autorka nie twierdzi, że każdy, kto je mięso jest mordercą. Nie wzywa do radykalnych kroków. Przekonuje raczej, że każdy powinien zrobić tyle, ile może. Zrezygnować z olbrzymich pudeł lodów. Odpuścić sobie wizyty w KFC. Wyznaczyć jeden wegański dzień w tygodniu lub jeden wegański tydzień w miesiącu. Kupować jajka z wolnego wybiegu, a nie z chowu klatkowego. Nie da się w przewidywalnej czasowo perspektywie zlikwidować cierpienia zwierząt, ale można zmniejszyć jego sumę.

No właśnie: czy na pewno się nie da? Spójrzmy na Czyste mięso Paula Shapiro. Autor odwiedza laboratoria, które – współfinansowane przez takich tuzów biznesu jak Bezos, Gates czy Branson – pracują pełną parą nad wyhodowaniem mięsa i skóry z komórek, bez konieczności stwarzania i zabijania całego zwierzęcia. Na razie czyste etycznie i biologicznie mięso (zero salmonelli czy E. coli w jedzeniu) jest upiornie drogie. Obniżenie jego ceny i równoległa kampania przekonująca konsumentów do tego, że wyhodowane w probówce steki i klopsiki ich nie zabiją, to kwestia przyszłości, ale być może nie aż tak dalekiej.

Dane przedstawiane przez Shapiro są przerażające: wyobraźmy sobie kurczaka, takie różowe ciałko na zafoliowanej tacce w marketowej lodówce. A obok tego kurczaka dwa i pół tysiąca butelek z wodą o pojemności 1,5 litra. Tyle wody potrzeba, żeby jeden kurczak ze skorupki trafił na stół (i nie, on tyle nie wypija – ale trzeba podlewać jego paszę). Nie jedząc jednego kurczaka, oszczędzamy tyle wody, ile zużywamy do mycia się przez kilka ładnych miesięcy. Jeżeli do diety wegańskiej nie są w stanie przekonać kogoś argumenty natury etycznej, Shapiro operuje twardymi liczbami. I to robi wrażenie.

To nie koniec. Dla czytelników bardziej zaawansowanych filozoficznie mamy Dariusza Gzyrę i Dziękuję za świńskie oczy. Do tego Społeczeństwo bez mięsa. Socjologiczne i ekonomiczne uwarunkowania wegetarianizmu Jarosława Urbańskiego. Dla wielbicieli prozy podszytej przeżyciem osobistym klasyczny już Jonathan Safran Foer i Zjadanie zwierząt oraz świeżutki Jaś Kapela z reportażem Polskie mięso. Warto dorzucić też do pakietu Erica Barataya (Zwierzęcy punkt widzenia i Zwierzęta w okopach) i Zażyłą więź Briana Fagana, trzy niesamowite książki opisujące przemiany w stosunkach człowiek–zwierzę i ich konsekwencje (ponure). A w finale i tak wszyscy spotykamy się nad dwoma tomami Jadłonomi Marty Dymek, odkrywając, że dieta bezmięsna nie musi się ograniczać do smętnej kostki tofu, lub klasyk z wyjazdów zorganizowanych, na których nadal zestaw wegetariański oznacza, że na obiad dostaniesz to co wszyscy – tylko bez kotleta.

Czytajcie. I opamiętajmy się, zanim iskierka zgaśnie na dobre.

Olga Wróbel