Neonowe chochoły

Gaspar Noé szokował już wizualnym, estetycznym, neonowym tripem (Wkraczając w pustkę), najdłuższą sceną gwałtu w historii kina (Nieodwracalne) i banalnością miłości – takiej zwykłej: i z melodramatem, i z pornografią (Love). Przyszedł czas na kolejny rodzaj szoku. Warsztatem francuskiego reżysera pozostaje ciało, tym razem jednak bardziej elastyczne, służące nie ekshibicjonistycznej, nagiej estetyce, jak w poprzednim dziele buntowniczego twórcy, lecz będące narzędziem, materiałem, który można ciąć, rozrywać, rozrzucać i układać wedle uznania (czy raczej wedle epileptycznej choreografii Sofii Boutelli, przyprawionej zdekonstruowanym przez Gaspara Noé gatunkiem kina – horrorem). Ów szok, który przeżyją widzowie, będzie właśnie taki – cielesny. Tytułowe szczytowanie nie będzie miało związku z seksualnością, tylko z kulminacją napięcia: dyskomfortu, niepokoju, strachu. Wybór gatunku: horroru, nie jest tu przypadkowy, wszak Linda Williams określiła go jako jeden z „gatunków cielesnych” (body genres), czyli takich, które kawałkują ciała zarówno na ekranie, jak i te, które siedzą przed nim.

Bezwarunkowe reakcje widzów na kolejne punkty kulminacyjne w Climax są więc zamierzone i pożądane. Zresztą dowód na takie intencje twórcy znajdziemy na samym początku filmu, kiedy wokół ekranu kineskopowego, na którym bohaterowie-tancerze niby niewinnie opowiadają o swoich marzeniach, tańcu i stosunku do narkotyków (tak, cała ta sekwencja wiele nam mówi o tym, czego możemy się spodziewać w filmie), znajdują się filmowe i książkowe inspiracje Gaspara Noé. Wśród nich dzieła duchowych przodków francuskich ekstremistów i kina nowego ekstremizmu: Opętanie Andrzeja Żuławskiego, Suspiria Dario Argento, Salo Piera Paolo Pasoliniego. To zarówno ukłon w stronę twórców, którym Noé wiele zawdzięcza, ale też moment wyznaczający kurs dla Climax. Wydeptana przez niepokornych ścieżka wieść nas więc będzie ku celowi położonemu jeszcze dalej, ku rytmicznej, pulsującej jaskrawymi kolorami, bawiącej się schematami kina gatunku zbiorowej histerii. Ku utracie kontroli nad własnym ciałem i jego reakcjami. To, jak się zdaje, ostateczny cel nowego ekstremizmu: doprowadzenie widza do skrajnej reakcji, do wyjścia z kina, ataku paniki, mdłości lub omdleń.


Fot. dzięki uprzejmości Gutek Film

Doświadczenie zbiorowe jest tu kluczem. Kiedy oglądamy początkową, nakręconą w bardzo długim ujęciu (takich długich ujęć będzie więcej), niezwykle dynamiczną, taneczną sekwencję, jakby wyjętą ze streetdance’owego filmu (a lista muzycznych kawałków do Climax jest prawie tak długa jak lista inspiracji), mamy przed oczami perfekcyjnie działającą cielesną machinę. Ten imponujący moment tym bardziej może zachwycić, jeśli zdamy sobie sprawę, że cały film został nakręcony w niespełna dwa tygodnie, a choreografia częściowo była wynikiem improwizacji. W chwili zakończenia wspólnej próby zaczyna się stopniowy rozpad (i rozkład) grupy. To, co tak dobrze działało jako jednolita masa, podsycane coraz bardziej destrukcyjną, dziką imprezą (oraz krwistą sangrią) i coraz wyraźniej podzielone na jednostki, zaczyna być samonapędzającym się złym tripem. Światło stroboskopowych lamp przestaje być światłem zabawy, stając się wrogim, migającym, pulsującym światłem w otchłani. Uderzenia muzycznego rytmu zaczynają sięgać coraz głębiej, niemal rozrywając ciało od środka. Oto Selva (Sofia Boutella) odbija się od ścian korytarzy nie do końca określonej przestrzeni ni to szkoły, ni to tanecznej hali, a jej paniczny krzyk godny jest Isabelle Adjani z Opętania. Choreografka, Emmanuelle (Claude Gajan Maull), traci jakąkolwiek kontrolę nad sytuacją, a w akcie desperacji zamyka swojego małego syna, Tita, w pomieszczeniu z transformatorem elektrycznym. Beztroskie rozmowy chłopców o seksie i planowanych podbojach koleżanek z zespołu zamieniają się w agresję, a David (Romain Guillermic), tryskający wręcz napięciem seksualnym, obrywa najkrwawiej.

To, do jakiego stopnia bohaterowie utracili kontrolę nad sytuacją i nad sobą, dochodzi do absurdu. Ten jednak raczej nie śmieszy. Jeżeli doprowadza do śmiechu, to do takiego nerwowego, kompulsywnego, szaleńczego. Skąd się bierze ta bezradność i poddanie fali agresywnych, narkotycznych wizji? Czy to przez bezwiedne przekroczenie imprezowej granicy i niebezpieczną ilość odurzających środków połączonych z ekstatycznym tańcem? A może indywidualne charaktery, utraciwszy zdolność do wspólnego działania, po prostu skazane są na koszmar pustki?

Fot. dzięki uprzejmości Gutek Film

Gaspar Noé przyzwyczaił nas do tego, że lubi podejmować wielkie, uniwersalne tematy. W Climax mamy chyba największy i najbardziej uniwersalny temat: życie i śmierć. „Narodziny i śmierć to niezwykłe doświadczenia. Życie jest ulotną przyjemnością”, mówi filmowe synopsis. Owa przyjemność w punkcie kulminacyjnym dotychczasowego życia bohaterów ustępuje miejsca przerażeniu, panice, histerii i śmierci. Wobec potęgi doznań przyjemność zostaje bardzo szybko zatracona. Najwyraźniej dzieje się tak przez pokawałkowanie tanecznej machiny, przez przechylenie szali na korzyść indywidualnych charakterów, które jednak nie są w stanie poradzić sobie z bezradnością złego tripa.

Lata 90., w których umieszczona jest akcja filmu, oferowały jeszcze resztkę obietnicy spełnienia indywidualnego marzenia wypełnienia pustki, osiągnięcia sukcesu, wyjechania „gdzieś”, rozpoczęcia od nowa – czyż nie tego chcą bohaterowie Climax? Tyle że ów projekt jednostki sukcesu prawie zawsze skazany jest na porażkę. Z drugiej strony, złożona z wielu ciał machina zdaje się działać tylko wtedy, kiedy przyjemność przeżywana jest wspólnie – w wyreżyserowanym tańcu. Jedna z ogromnych plansz wypełniających cały ekran, z napisem w duchu wróżb z lunaparku, które z typowym dla siebie humorem Noé umieszcza między długimi ujęciami, głosi: „Życie jest kolektywną niemożliwością”. Być może, wobec porażki tych dwóch projektów – indywidualnego i grupowego – między narodzinami i śmiercią rzeczywiście zostaje nam tylko pustka i ulotna przyjemność?

Jak każdy film francuskiego reżysera, Climax podzieli publiczność na absolutnie zachwyconych i tych, którzy go odrzucą. Na odbiorców, na których zadziała (doprowadzając niektórych do skrajnych stanów), i na tych, których kompletnie nie ruszy. Warto chyba zaryzykować i wybrać się do kina – być może znajdziemy się wśród tych, którzy odczują zbiorową przyjemność i razem z jedną z bohaterek filmu, Psyche (Thea Carla Schott), przez całe jego trwanie chwiać się będą w neonowym, chocholim tańcu.

 

Mateusz Tarwacki (ur. 1993) – absolwent Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych. Ukończył studia kulturoznawcze w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego ze specjalizacją „kultura wizualna”. Kinofil i bywalec festiwali filmowych. Pisze o kinie na łamach swojej strony (Zawieszony.pl). Piwowar domowy. W wolnych chwilach zajmuje się projektowaniem gry planszowej i raczkuje politycznie w lokalnym kolektywie DiEM25.