Dla jednych sztuka to terapia, a dla innych po prostu życie

Candice Breitz, TLDR, 2017, Courtesy of KOW (Berlin), Goodman Gallery (Johannesburg), Kaufmann Repetto (Milan)

Dla jednych sztuka to terapia, a dla innych po prostu życie. Niedawno rozmawiałam z pewnym malarzem z pokolenia moich rodziców, który od lat zmaga się z depresją. Po wielu latach terapii farmakologicznych musiał dokonać trudnego wyboru między dobrym samopoczuciem a pracą twórczą. O ile leki, które zażywam codziennie po śniadanku, dają mi jakieś minimum siły do działania, o tyle jemu owszem, poprawiały nastrój, ale zupełnie odbierały zdolność do malowania. Najpierw pomyślałam „OMG, jak dobrze, że ja nie muszę dokonywać takich wyborów…”, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej zastanawiam się, dlaczego ostatnio sztuka nie robi na mnie żadnego wrażenia… Idę sobie coś oglądać, to albo na wszystko wzruszam ramionami, albo wychodzę z galerii wkurzona.

Tłumaczyłam to sobie zwykle nadmiarem sztuki (post)internetowej w miejscach, które najczęściej odwiedzam, a nawet w internecie. Teraz zaczynam to widzieć jakoś jaśniej – sztuka interesuje mnie wtedy, kiedy miesza się z życiem, a konkretniej z życiem codziennym. Achille Mbembe pisze, że muzeum jest przestrzenią, albo raczej procesem neutralizacji znaczeń i poskromienia sił, dlatego przedmioty czy reprezentacje znajdujące się w tejże przestrzeni czy procesie w zasadzie nie mogą w żaden sposób utrzymać swojego wywrotowego charakteru. Zanim przeczytałam tekst Mbembego zawierający ową hipotezę, trochę intuicyjnie udałam się do piekła artworldu, czyli na Art Basel. Pamiętacie, jak w zeszłym roku pojechałam do Aten i na Documenta dostałam migreny? Nauczona doświadczeniem przed zwiedzaniem największych targów sztuki na świecie dałam se xanax, jednak niewiele mi to pomogło, bo jest to istny koszmar dla osób z depresją i świetna ilustracja założeń Mbembego. Przykładowo, można sobie tu kupić rysunki Egona Schiele, ceny wahają się między 50 (z typiarą ubraną) a 80 tys. euro (z gołym biustem), Picassa, Anisha Kapoora, Cindy Sherman czy Olafura Eliassona – i wiecie, dla takiej wydyganej osoby jak ja, przyzwyczajonej do obcowania z wielkimi dziełami wielkich twórców w uświęconej przestrzeni muzealnej, w ogóle sama sytuacja handlowania takimi nazwiskami jest wysoce traumatyzująca.

Uświadomiłam sobie, jak niewiele wiem i jak mało rozumiem ten artworld. Głupia byłam i naiwna z tą swoją nabożnością. Nic dziwnego, że starsi krytycy, kuratorzy i galerzyści się ze mnie śmiali, o artystach już nie wspominając. Być może cały ten krytyczny kryzys, który przeżywam mniej więcej od sześciu miesięcy, spowodowany jest nie samym stanem sztuki, ale moim ciągłym poszukiwaniem jakiejś rewolucji rozpętanej przez artystów czy artystki wewnątrz czterech białych, nieskalanych cennikami ścian. Takie miejsce i taka rewolucja to fikcja, wymyślona przez moją chorą na depresję głowę. Całe szczęście, że właśnie na Art Basel natknęłam się na pracę, która podważyła cały mój chwilowy, zbudowany na podstawie koszmarnego art fair experience, system wartości.

Mowa o wielokanałowej instalacji wideo Candice Breitz TLDR, czyli Too Long Didn’t Read. Tytuł opisuje zjawisko rozprzestrzeniające się wśród samozwańczych aktywistów ery postinternetowej, którzy nie przyjmują postów dłuższych niż maksymalna twitterówka. Filmy Breitz dotyczą poglądowej wojny, która parę lat temu rozpętała się między pracownikami/cami seksualnymi z RPA a organizacją Amnesty International i grupą Hollywoodzkich celebrytek. W skrócie – problem dotyczy grupy amerykańskich aktorek, które wykorzystując swoją medialną pozycję, nawoływały do delegalizacji świadczenia usług seksualnych, nie zadając sobie trudu, aby wysłuchać głosu osób pracę te faktycznie wykonujących. Bohaterowie i bohaterki filmu Breitz należą do organizacji SWEAT (Sex Workers Education & Advocacy Taskforce) i walczą o bezpieczne i godne warunki pracy, którą dalej pragną wykonywać. Tak więc grupa białych, bogatych i sławnych feministek, podobnie jak światowej sławy organizacja broniąca praw człowieka, w pewnym sensie wyświadczają im niedźwiedzią przysługę, zabierając głos w sprawie uprawiania prostytucji.

Siła pracy Candice Breitz polega na tym, że narrację o najstarszym zawodzie świata budują osoby faktycznie go wykonujące. Artystka przygotowała około 11 godzin nagrań wywiadów z pracownikami i pracownicami seksualnymi, którzy szczerze opowiadają o swoim zawodzie, warunkach społecznych i ekonomicznych oraz o dyskryminacji na światowym forum.  Największe wrażenie robi jednak wideo opowiadające o całym konflikcie między zainteresowanymi, Amnesty International a celebrytkami. Tutaj narratorem wyjątkowo jest 12-letni chłopiec, który z dziecięcą celnością wyjaśnia widzom, na czym polega syndrom zbawiciela (saviour syndrome), a członkowie i członkinie SWEAT wtórują historii na wzór chóru z greckiej tragedii. Soundtrackiem do filmu są sample z piosenek dotyczących pracy seksualnej, wykonywanych m.in. przez Rihanne, Tinę Turner czy Donnę Summer.

Nie da się ukryć, że konflikt o świadczenie usług seksualnych jest wciąż w dużym stopniu konfliktem rasowym. Przy okazji batalii stoczonej przez SWEAT z celebrytkami okazał się też walką o to, który feminizm jest lepszy. Tego typu starcia między feministycznymi frakcjami znamy przecież w Polsce z autopsji, od konkurencyjnych do Czarnego Protestu, aż po pole sztuki i walkę o selfie-feminizm. Film Breitz jest momentami wręcz jajcarski, ale w chwilach, w których przewodniczka chóru anonsuje protest songi w języku Zulu lub Xhosa, trudno mi było powstrzymać wzruszenie. Zrozumiałam, że w odróżnieniu od celebrytek, mam jednak do czynienia z prawdziwymi osobowościami, ludźmi z krwi i kości, którzy z powodu koloru skóry, transpłciowości czy po prostu geopolitycznej pozycji mają dużo mniejszy potencjał medialny niż amerykańskie aktorki.

Rzadko kiedy poświęcam odcinki „Art-terapii” tylko jednej pracy, zrozumcie więc, jak wielkie TLDR wywarło na mnie wrażenie. Chciałabym, żeby Achille Mbembe usłyszał moją krótką i prostą historyjkę o tym, jak spotkanie z figurą „niewolnika” w oku artystycznego cyklonu odmieniło moje spojrzenie na cały ten bazylejski cyrk. Art Basel jest przecież epicentrum dominacji uprzywilejowanych białasów, nie zasługujących na brawa z racji tego, że pokazują prace, w których centralne miejsce zabiera megasilny chór wykluczonych sex-workerów, których pozycja nieustannie miażdżona jest właśnie przez białasów. TLDR w sposób przewrotny i miażdżący zrywa z zamkniętą w tym kole opresją oraz retoryką „pana” i „niewolnika”, sprytnie remiksując również ikonografię ofiary. Zresztą sami musicie to zobaczyć – wideo dostępne jest na Vimeo w całości i trwa niewiele ponad godzinę. Zróbcie więc coś dobrego dla siebie i świata sztuki, zamiast znowu udawać, że świetnie czujecie się po CrossFicie. Wystarczy wpisać „candice breitz tldr” w Google.

Candice Breitz, TLDR, 2017, Courtesy of KOW (Berlin), Goodman Gallery (Johannesburg), Kaufmann Repetto (Milan)
Candice Breitz, TLDR, 2017, Courtesy of KOW (Berlin), Goodman Gallery (Johannesburg), Kaufmann Repetto (Milan)