Współpraca na korzyść | rozmowa z Reinaartem Vanhoe

Wystawa w Museum Boijmans Van Beuningen w Rotterdamie, na którą artysta wraz ze swoimi przyjaciółmi i sąsiadami wykonał między innymi hidżaby, które mogli nosić zarówno kobiety, jak i mężczyźni.

A humor jest dla ludzi tym, czym frytki z majonezem dla Belgów lub flaki dla Polaków. Z Reinaartem Vanhoe rozmawia Aleksandra Litorowicz

Aleksandra Litorowicz: Jaki wpływ na rozwiązywanie lokalnych problemów mają projekty artystyczne?

Reinaart Vanhoe: Wielu ludzi związanych ze światem sztuki sprzeciwia się idei rozwiązywania problemów poprzez sztukę albo myśleniu, że sztuka społeczna (social art) polega na pomaganiu ludziom. Rozumiem, dlaczego artyści są poruszeni tym pytaniem, ale nie chodzi tu pomoc czy rozwiązywanie problemów poprzez sztukę. Kluczowe jest lepsze zrozumienie naszej artystycznej praktyki. Artysta nie powinien obawiać się tych pytań, powinien wyjść myślą poza nie. Dobrze jest zrozumieć, o jakim rodzaju sztuki czy twórcy mówimy. Do jakiego rodzaju środowiska, postawy i myśli artysta chce nawiązać? Jak prowadzimy i wspieramy taką praktykę? Rozwiązywanie problemów za pomocą tylko jednego sposobu myślenia nie jest satysfakcjonujące. Szybko pojawiają się kolejne pytania: czyje problemy chcemy rozwiązywać? Na rzecz kogo działamy i jaką perspektywę przyjmujemy?

Czy takie projekty przynoszą długoterminowe korzyści społeczności, na której rzecz chcą działać?

Długoterminowe korzyści nigdy nie powinny być celem samym w sobie, bo tak naprawdę nigdy nie wiesz, co się wydarzy. Oczywiście istotnym punktem zainteresowania powinna być intencja oraz to, jak dotrzeć z projektem do odbiorców. Warto zadać sobie pytanie: kogo dotyczy projekt? Powinien dotyczyć nie tylko „pewnej grupy ludzi”, czyli „ich”, lecz przede wszystkim „nas”. Tego rodzaju projekty mają aspekt wzajemności.

Takie spojrzenie z zewnątrz często przynosi nowe spostrzeżenia i odświeża sposób, w jaki postrzega siebie wspólnota, ale też nie oznacza, że artysta lub artystka powinni przyjmować wyłącznie pozycję obserwatorów. Niezbędna jest możliwość wymiany, relacja, w której obie strony czują, że dostają coś od siebie nawzajem. W ten sposób możliwe staje się „wspólne budowanie” w dłuższym okresie. Nie chodzi o konieczność pracy razem przez długie lata, ale o przygotowanie się do takiej „wspólnej budowy”. W tej perspektywie można powtórzyć za Josephem Beuysem, że jeśli ja zajmę się tobą, ktoś inny będzie się troszczył o mnie. Ale co to znaczy i dlaczego? Jaką rolę odgrywa artysta czy artystka, a jaką pozycję zajmuje producent czy producentka?

Aby móc zająć bardziej wnikliwe stanowisko (jako artyści, organizatorzy sztuki, specjaliści itd.), możemy korzystać z już istniejących terminów. Jeśli zaczniemy je „wyginać”, lepiej zrozumiemy, co tak naprawdę robimy – jeśli na przykład przestaniemy mówić o działaniu „non-profit” i zaczniemy używać pojęcia działania „na korzyść” (for benefit), możemy mieć lepszy wgląd w to, z kim współpracujemy i kim jest nasza publiczność. „Non-profit” jest określeniem stygmatyzującym. Jako artyści nie powinniśmy pozwalać się spychać do kąta.

Innym przykładem jest zmiana postawy z „bycia krytycznym” w kierunku „wspólnego budowania”. Dlaczego ciągle mówimy o byciu krytycznym? Co z tym później robimy? Bycie krytycznym łączy się dla mnie z negatywną siłą, z krytyką formułowaną z dystansu. Jeśli przeciwstawisz się temu, z czym nie możesz lub nie chcesz walczyć, to nie przejmuj się, ponieważ zamartwianie się powoduje tylko stratę energii. Przeciwstawianie się nie zaprowadzi cię daleko. Zamiast tego skoncentruj się na tym, co daje ci energię, co jest konstruktywne. To, o czym myślę, łączy się z pojęciem gotong royong1 . Niezależnie od tego, co się dzieje, niezależnie od tego, czemu się sprzeciwiamy, możemy dać sobie wzajemnie energię poprzez to, co robimy, poprzez swoje siły i cele. W ten sposób artysta przyjmuje różne role, chociaż nie można tego zrównać z ideą elastyczności rozumianą tak, jak na przykład w branży kreatywnej.

Czy możesz podać przykłady tego, kiedy takie aktywności przekształciły się w trwałą więź, nawet gdy projekt artystyczny się skończył?

Jest wiele takich przykładów na różnych poziomach. Najważniejsze jest to, że musimy nauczyć się rezygnować z własnych ocen estetycznych. To, co ważne, to odczytywanie sytuacji, zrozumienie działań. postrzeganie estetyki zmienia się w zależności od miejsca i sytuacji. Miły projekt, nawet dobrze zrobiony, nie jest uniwersalny. Kiedy ufasz w to, co robisz i co masz do zaoferowania, możesz łatwiej zrezygnować z własnego gustu. Sądzę, że kluczem jest mieszanka składająca się z twojej własnej siły i oddawania przestrzeni innym. Czasem to, co przynoszę jako artysta, nie jest wcale istotne, a czasem bardzo. Może czasami dobrze być tylko asystentem, partnerem sparingowym, a innym razem przyjąć rolę lidera we wspólnej pracy lub przy organizowaniu imprezy.

W tej perspektywie lubię patrzeć na dwie konkretne praktyki reprezentowane przez dwa kolektywy z Jawy. Są to Jatiwangi art Factory2 i Lifepatch.

JaF to interesująca inicjatywa, ponieważ nie ma prawdziwego programu artystycznego. Realizuje głównie program obywatelski, którego częścią jest sztuka. Jej twórcy wykorzystują sztukę jako narzędzie do uwidocznienia sytuacji w wiosce (a ta sytuacja ma wymiar zarówno lokalny, jak i globalny). Problem polega na tym, że w związku ze zmieniającą się strukturą wsi, JaF (ze względu na swój program artystyczny) staje się outsiderem, miejscem zbyt formalnym. Jak to przezwyciężyć lub jak przedefiniować, kim są twoi nowi sąsiedzi – oto wyzwanie. Jest to interesujący przykład, który może stanowić ciekawe odniesienie do praktyk w Europie.

Lifepatch3 jest także ważną platformą z wielu powodów, między innymi dlatego, że opiera się na pomyśle na kolektywne działanie, ale z zachowaniem przestrzeni na indywidualną siłę. Wspólna praca często interpretowana jest jako jednorodna praktyka, tymczasem w przypadku Lifepatch różne praktyki, między nimi o charakterze artystycznym, współistnieją obok siebie i poprzez siebie. Często zapominamy o tym, że działania zbiorowe lub oparte na współpracy to różne, nakładające się elementy razem tworzące całość. Działanie zbiorowe nie oznacza, że robisz wszystko i decydujesz o wszystkim wspólnie. Rozproszone przywództwo jest ważniejsze niż jedność. Jedność zaś nie powinna być rozumiana jako realizacja jednolitego programu.

Co interesującego wypływa ze spotkania kultury zglobalizowanej europejskiej Północy z globalnym Południem?

Jestem zaszczycony, mogąc od 2000 roku nazywać się przyjacielem indonezyjskiej sceny artystycznej. To pomogło mi dokonać głębszego wglądu w moje osobiste rozumienie różnych spraw, jako zarówno obywatela, jak i artysty. Zachodni światopogląd rzeczywiście blokuje inne możliwości życia razem. Indonezyjskie doświadczenia pomogły mi zrozumieć, że myślenie wyłącznie w kategoriach opozycji czerni i bieli czyni nas słabszymi.

Jeśli chodzi o szerszy wymiar, sądzę, że różnica między retoryką nacjonalizmu ekonomicznego a rzeczywistością przedsiębiorczości opartej na posiadaniu (owner-entrepreneurialism) jest po prostu dowodem na to, że na tak zwanym Zachodzie kryzys, który wyłonił się w 2008 roku, utrzymuje się na niezmienionym poziomie. Jakże mogłoby być inaczej? Żadna zachodnia polityka nie wymyśliła nowego sposobu zbiorowego zarządzania w skali narodu, a co dopiero w skali globalnej. Powojenny liberalny porządek świata załamał się i nie został niczym zastąpiony. Chiny mogą wymyślić nowe rozwiązanie, poza kapitalizmem menadżerskim. To normalne, są nowymi hegemonami. Tymczasem tak zwany Zachód cofnął się do chaotycznej przedsiębiorczości polegającej na posiadaniu, i jeśli nie zostanie wprowadzony żaden nowy mechanizm kierowniczy, wszyscy pogrążymy się w substytucie faszyzmu planu pozbawionego planu, który jest tylko paniczną reakcją na chaos panujący na rynku.

Co więc czyni nas silniejszymi? Mam wrażenie, że idea gotong royong opiera się nie tylko na samoorganizacji, niehierarchiczności i dobrowolnej współodpowiedzialności, ale także w dużej mierze na spontaniczności relacji. To brzmi jak dobry inkubator dla przyjaźni.

Przyjaźń jest najlepsza wówczas, gdy możesz się bawić i cieszyć się czyimś towarzystwem, i jeśli potrafisz zaakceptować to, że czasami możesz być na kogoś zły. Przyjaźń oznacza także wzajemne poznanie, dzielenie się doświadczeniami, wzmacnianie części siebie. Jest napędem dla humoru, ćwiczy go, ostrzy. A humor jest dla ludzi tym, czym frytki z majonezem dla Belgów lub flaki dla Polaków.

REINAART VANHOE. Artysta, studiował w Academie voor Beeldende Vorming (ABV) w Tilburgu i Rijksakademie w Amsterdamie. Wielokrotny rezydent między innymi w Berlinie, Pekinie, Vlaardingen i Dżakarcie, autor kilku programów video/filmowych i wystaw, a także licznych tekstów i książek. Tutor w Willem de Kooning Academie, wykładał gościnnie na wielu uczelniach artystycznych. Jako piłkarz miał własny fanklub w Rotterdamie. W Warszawie był gościem programu dyskursywnego wystawy Gotong Royong. Rzeczy, które robimy razem w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski.

  1. Więcej o pojęciu w 16 numerze „Notesu na 6 Tygodni”: http://notesna6tygodni.pl/?q=rzeczy-kt%C3%B3re-robimy-razem-ucz%C4%85c-si%C4%99-ich-nawzajem-we-wsp%C3%B3lnym-dzia%C5%82aniu
  2. Praktyka indonezyjskiego kolektywu Jatiwangi art Factory prezentowana była w ramach wystawy-spotkania Gotong Royong. Rzeczy, które robimy razem w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski (19.10.2017 – 28.01.2018), kuratorzy Marianna Dobkowska i Krzysztof Łukomski.
  3. Indonezyjski kolektyw artystyczny. Prowadzi interdyscyplinarne projekty oparte na długofalowych badaniach społecznych prowadzonych wśród wspólnot lokalnych.