Są wśród roślin prawdziwi komandosi | rozmowa z Adamem Kaplerem

Sagowiec, nowoczesna palma wielkanocna. Fot. Adam Kapler

O nieoczywistych współzależnościach roślin, ludzi i środowiska miejskiego z Adamem Kaplerem, biologiem-florystą, pracownikiem Ogrodu Botanicznego PAN w Powsinie, rozmawia Aleksandra Litorowicz

Aleksandra Litorowicz: Czy rośliny są mądre?

Adam Kapler: Tak, rośliny na swój sposób bywają bardzo mądre. Na ogół nie przemieszczają się w przestrzeni, co zmusza je do niebywałej plastyczności ciał. Rośliny odróżniają dni krótkie od długich, zwracają się ku słońcu, ostrzegają się nawzajem przed szkodnikami, trują się wzajemnie, udają trupy lub kamienie, zmieniają zapylaczy na nowszy model, to znów zawierają sojusze z najpotężniejszymi zwierzętami planety: mrówkami i ludźmi.

Osiem lat temu enfant terrible polskiej nauki, prof. Stanisław Karpiński, wykazał, że rośliny wykształciły własny system odbioru, przesyłania i zapamiętywania informacji, oparty – podobnie jak układ nerwowy – na sygnałach elektrycznych. U niepozornego rzodkiewnika każdy liść komunikuje się ze swymi zielonymi braćmi, a także z pozostałymi organami, od korzeni po wierzchołek.

Jak pisał Maeterlinck w Inteligencji kwiatówZerwijmy jakiekolwiek źdźbło rosnące przy drodze w pierwszej lepszej kępie trawy, a przekonamy się, że mamy przed sobą mikroskopijny intelekt zajęty pracą wytrwałą, świadomą celu, niestrudzoną i zdumiewającą w rezultatach.

Niebywałymi cwaniakami pośród roślin są storczyki. Potrafią oszukać zarówno zapylającego owada, jak i grzyby mikoryzowe, dostarczające im soli mineralnych. Zamiast uczciwie zapłacić owadowi nektarem i pyłkiem, jak to czynią inne gatunki, wolą go więzić wewnątrz kwiatu, otumanić narkotykiem własnej roboty lub udawać napaloną samicę. Z grzybami też poczynają sobie śmiało: potrafią „wywłaszczyć wywłaszczycieli i zamordować morderców”, trawiąc strzępki grzybów specjalizujących się w zabijaniu bezbronnych siewek „normalnych” roślin, zmienić sobie w toku życia osobniczego dostawcę wody i soli mineralnych albo „zachęcić” go, by dostarczał storczykowi nie tylko martwych minerałów, ale także cukrów podebranych okolicznym drzewom i ziołom.

Gdybyś mógł trochę posuflerować roślinom i opowiedzieć w ich imieniu: gdyby to rośliny miały opisywać miasto, jak jego części wyglądałyby z ich perspektywy? Co byłoby krainą mlekiem i miodem płynącą, co miejskimi trójkątami bermudzkimi, co krainą cienia i mrocznych podziemi? Gdzie czują się dobrze, gdzie lubią wypoczywać całymi rodzinami, a gdzie muszą walczyć o przetrwanie? Jak czują się z nami i co o nas myślą?

W każdym mieście można wyróżnić strefy, w których środowisko w określonym stopniu zostało poddane presji człowieka, układające się zazwyczaj koncentrycznie. Stąd ubożenie szaty roślinnej od suburbiów ku centrum aglomeracji. Prawdziwymi „trójkątami bermudzkimi” albo „dolinami śmierci” są zwykle: ścisłe centra miast, tory kolejowe i tramwajowe, hałdy, asfaltowe boiska i place, gruzowiska, niepoddawane rekultywacji wysypiska śmieci oraz pobocza obwodnic i autostrad, zwłaszcza tych odladzanych solą w naszym klimacie. Prawdziwym Edenem dla roślin w wielkich miastach są za to: doliny rzek, ogródki działkowe, parki i skwery (zwłaszcza te w stylu angielskim), ogrody botaniczne oraz lasy miejskie. W Warszawie zachowała się taka „miniaturowa Puszcza Białowieska” z czterystuletnimi dębami w rezerwacie Las Natoliński, gdzie kręcono m.in. polowanie na niedźwiedzia do Pana Tadeusza. Kolejne hotspoty flory leśnej to Kawęczyn, Las Bielański, Kabacki oraz Las im. Jana III Sobieskiego. Dobrze wykształcone szuwary podziwiać można nad Jeziorkiem Czerniakowskim.

Rośliny uwielbiają wypoczywać całymi rodzinami w parkach i ogrodach, także tych najmniejszych, z instalacjami założonymi w ramach upcyklingu butelek PET, na balkonach, murach i dachach. Bardzo im się podoba współczesny trend zastępowania równo wystrzyżonych trawników przez identyczne z naturalnymi „kwietne łąki”, a szpalerów tuj ciętych pod linijkę przez drzewka owocowe, warzywniki i pasieki miejskie. Są wśród roślin prawdziwi komandosi, co urosną nawet na tarasach i dachach PKiN-u (miłka drobna, psianka czarna, łoczyga pospolita), hałdach huty Arcelor (konyza kanadyjska, żółtlica owłosiona, kruszczyk szerokolistny) albo w najwyższych partiach Radiowa i Łubnej (jak mietelnik żakuli czy łoboda błyszcząca). Tym niemniej większość roślin jest bardziej wybredna. Można im pomóc w walce o przetrwanie poprzez dopasowanie gatunku do lokalnych warunków, staranną pielęgnację, tudzież stosowanie szczepionek mikoryzowych. Fajny jest też pomysł z podwyższonymi rabatami, bo odpada połowa problemów z przemarzaniem korzeni i ślimactwem. Dzięki temu będą przeszczęśliwe!

Rośliny jak modelki i modele przechadzają się ostatnio po miejskim wybiegu – są wykorzystywane do estetyzowania przestrzeni publicznych, do rewitalizacji, do prac artystów i aktywistów. Ogródki działkowe przeżywają swój renesans, a wzory liści monstery wdzięczą się do nas dumnie z najnowszych konfekcji odzieżowych, wzorów biżuterii, tapet i witryn sklepowych. Na OLX trwała swego czasu walka o szczepki pięknych pilei, czyli pieniążków, które zdominowały internety, a dokładniej instagramy. Jak przez wieki przebiegała ta moda gatunkowa? Co i kiedy było hot, a co not?

Mody w ogrodnictwie zmieniały się równie prędko jak w krawiectwie czy muzyce. W wirydarzach średniowiecznych klasztorów modne były gatunki wonne, a zarazem o ciekawej fakturze liści, kolor był natomiast mniej ważny. Mnisi tracili bowiem wzrok, kopiując rękopisy przy słabym świetle, toteż na starość podziwiali zioła raczej węchem i dotykiem. Dziś wraca się do tych rozwiązań w ogrodach sensorycznych dla niewidomych. W XVI i XVII wieku trendy były kaktusy i inne sukulenty, gdyż łatwo znosiły długą drogę przez ocean i nie wymagały wiele słodkiej wody, racjonowanej w czasie rejsów. Holandia miała swoją „tulipanomanię”, kiedy to ceny cebulek wybranych odmian tulipanów dorównywały cenom kamienic i statków, a spekulacja tymi kwiatami doprowadziła do krachu na giełdzie. W XIX wieku w Europie i USA hot były egzotyczne storczyki (orchidelirium) sprowadzane z lasów mgielnych Ameryki Południowej i Nowej Gwinei:

Strój ich niezwykły, wdzięczny i bogaty,

Cudowne barwy, wonie narkotyczne:

I nęcą zmysły ich korony świetne

I te zapachy z pozoru szlachetne.

Każdy z nich postać rzadkiego motyla

Lub przepych kształtów nieznanych roztoczy,

Z szczeliny drzewa w błękit się wychyla,

Wprawiając w zachwyt podróżnika oczy,

A jednak one soki swoje biorą

Z zgnilizny, w drzewach ukrytej pod korą.

(Adam Asnyk, Egzotyczne kwiaty)

Jednym z największych łowców i dostawców tego „zielonego złota” był dyrektor Ogrodu Botanicznego UJ Józef Warszewicz (1812–1866). W wiktoriańskiej Anglii niezwykle jazzy były także miejscowe paprocie (pteridomania) – populacje niektórych gatunków do dziś nie otrząsnęły się po zbiorach. Druga połowa XIX i początek XX wieku to boom na skalniaki i uprawę na nizinach roślin wysokogórskich, zwłaszcza szarotek i goryczek. Wtedy też małą, ale oddaną grupę fanów zyskały gatunki owadożerne, do dziś stanowiące trofea „roślinnych kłusowników” albo lokatę kapitału „zielonych snobów”. W Polsce romantyczny kult Napoleona owocował zapatrzeniem się w topole włoskie i różne jałowce (mające zastępować italskie cyprysy) oraz modą na wierzby płaczące (po przegranych powstaniach).

Zdecydowanie niemodne były natomiast w Europie ziemniaki. Przez około 300 lat władcom i uczonym nie udało się przekonać ludu do jedzenia tych bulw. Stosowano różne podstępy, np.: kartoflisk w dzień strzegli uzbrojeni wartownicy, a w nocy pozwalano chłopom kraść „jabłka ziemne”. Kiszona kapusta jako remedium na szkorbut z trudem upowszechniała się poza krajami słowiańskimi: Cook musiał podawać ją w mesie oficerskiej, by zachęcić prostych majtków do jedzenia tego „świństwa”. Pomyłką okazało się także promowanie jałowca wirginijskiego podczas Rooseveltowskiego New Dealu. Sadzono go jako wiatrochron, wykorzystywano do wyrobu ginu, ołówków i choinek bożonarodzeniowych, ale szkody szybko przeważyły nad korzyściami. Nie dość, że zarastał pastwiska i wyjaławiał glebę, to jeszcze powodował alergie i okazał się żywicielem pośrednim rdzy groźnej dla jabłoni. W Europie z podobnych przyczyn tępiono berberys, jako współwinny epidemii rdzy zbożowej. Z wodorostów różnych wzlotów i upadków popularności doświadczał hiacynt wodny, czyli eichornia gruboogonkowa. Wpierw hołubiony jako roślina ozdobna, plecionkarska i paszowa, potem ustawowo zwalczany jako hamulcowy żeglugi śródlądowej, schron dla komarów i przywr, teraz odbudowuje reputację jako czyściciel ścieków.

To może przenieśmy się w klimaty towarzyszącej ludzkości niepewności przyszłości, czyli postapo. Czy i jak rośliny mogłyby pomóc usuwać skutki apokalipsy, i w jaki sposób mogłyby pomóc przeżyć człowiekowi i odrodzić się światu? Jaką roślinę czy gatunek uznałbyś za ważną dla odbudowy cywilizacji?

Zależy, jaką cywilizację chcemy odbudować: coś w stylu Huxleya czy raczej Bacona. Dzięki roślinom nasi przodkowie przetrwali niejedną apokalipsę: pili sok z brzóz i klonów, robili mąkę z bukwi i żołędzi, gotowali na jarzynę korę i łyko drzew, główki koniczyny, kłącza perzu, korzenie rapunkułu i wężymordu. Po wojnie atomowej lub impakcie komety przyda się arnika (na odparzenia i odmrożenia), krwawnik i pokrzywa (leczenie objawowe łagodnych postaci choroby popromiennej), zielistka (do odkażania powietrza w schronie), do tego miodunka i niektóre porosty przeciw gruźlicy plus mandragora na deprechę. Na inwazję zombie pomogą: jemioła, bylica oraz czosnek. Odrodzenie świata nie będzie możliwe bez roślin tych najtwardszych i najbardziej wielofunkcyjnych jak: oliwnik wąskolistny, rożnik przerośnięty, topinambur czy trojeść amerykańska. Wyrosną nawet na zgliszczach, zapewnią ocaleńcom pokarm, barwniki do tkanin, nadzienie do kapoków i gumę do wyrobu opon.

Dlaczego właściwie twoim zdaniem wprowadza się rośliny do przestrzeni publicznych naszych miast?

Rośliny produkują tlen i wychwytują pyły, tłumią hałas, hamują silne wiatry, stabilizują mikroklimat, chronią jezdnię przed nawianiem śniegu, a obiekty wojskowe przed okiem obcych agentur – same korzyści! Iglaki dodatkowo produkują fitoncydy zabójcze dla zarazków, stąd tyle sosen w Otwocku i Konstancinie. Kwiaty karmią pszczoły z miejskich pasiek.

Sezonowa zmienność barw liści, kwiaty i owoce, wreszcie ptaki i motyle gromadzące się w zieleni fajnie urozmaicają miejski krajobraz, nadając specyficzny charakter poszczególnym dzielnicom i dopełniając architekturę. Kontakt z miejską przyrodą odpręża, bawi i uczy.

Rośliny od zawsze miały wielkie znaczenie symboliczne i sentymentalne. Przykładowo w parkach epoki oświecenia jak Gucin-Gaj, Puławy, Jabłonna czy Łazienki Królewskie sadzono drzewa ważne dla wolnomularzy. Podziw dla Stanów Zjednoczonych jako kraju wolności i równości, szacunek dla Waszyngtona i Kościuszki symbolizowały liczne gatunki zza wielkiej wody: tulipanowce, robinie, kłęk kanadyjski i rododendron katawbijski. Jesion pensylwański oznaczał dodatkowo podziw dla Pensylwanii, tej zrealizowanej przez kwakrów utopii państwa doskonale tolerancyjnego i miłującego pokój. Fascynację Dalekim Wschodem, jako miejscem, gdzie lokalne elity nie potrzebują chrześcijaństwa, by zapewnić poddanym dobrobyt i cnotliwe życie, wyrażały żywotniki wschodnie i grujeczniki japońskie. Rozpacz po kolejnych rozbiorach ucieleśniały rodzime brzozy, jarzębiny i modrzewie oraz topole włoskie (jako zamiennik cyprysów stosowny do naszego klimatu). Siłę woli i wspaniałość czynów podkreślały krajowe dęby i jesiony oraz amerykański orzech czarny.

W projekcie „Ziemia” realizowanym przez Martynkę Wawrzyniak oprócz kuli ulepionej z ziemi ze Starego Kraju powstała cała sztuczna łąka i poletko lnu. Zakładając łąkę, położyliśmy szczególny nacisk na gatunki związane z dawną, przedkolonialną przeszłością Greenpointu. Dobieraliśmy rośliny wykorzystywane w lecznictwie przez rdzennych Amerykanów, później także przez białych osadników. Pierwszeństwo miały gatunki o ogromnych zasięgach, rodzime także dla Polski, jak śmiałek darniowy i pióropusznik strusi.

O lnie w hebrajskiej i słowiańskiej przestrzeni symbolicznej można w nieskończoność. Od zawsze kojarzył się z cierpliwością, niewinnością i świętością. Kwitnie zaledwie pół dnia, toteż symbolizuje zarówno wytrwałość polskich emigrantów, jak i okrutnie przerwane życie kobiet i dzieci pomordowanych w trakcie rzezi wołyńskiej. Bandaże i olej z lnu leczą rany, zatem przypomina o upływie czasu kojącym cierpienie spowodowane wojnami i emigracją.

Jaka może być podłoże przekonania, że „wśród zieleni jest milej”? Czy to łączy się może z jakimś atawizmem, a może wynika z ewolucji?

Wśród zieleni faktycznie jest milej. Peiper mógł labiedzić, że połowa piękności wiejskiego krajobrazu pochodzi od jakości powietrza. Zgodnie z „hipotezą sawanny” ludziom niezależnie od kultury najbardziej podoba się krajobraz parkowy, z bujną roślinnością trawiastą, rzadko rozrzuconymi, pojedynczymi drzewami, a do tego rozległą rzeką lub jeziorem (wodopój).

Oczywiście nie każda roślina umila nam życie. Niektóre drapią, inne alergizują, trzecie hodują komary albo blokują szlaki żeglowne, albo po prostu rosną nie tam, gdzie chcemy, jak te hiacynty wodne, żółtlichy i bieluń z instalacji GreenCardGregora Różańskiego w Cysternie na Ujazdowie.

Pracujesz w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie. To chyba piękne okoliczności pracy? Czym się zajmujecie, dlaczego warto was odwiedzić?

W Ogrodzie zajmujemy się wszystkim, co wiąże się z roślinami. Badamy odporność miejskich drzew na stres. Klonujemy paprocie (te wielkie, drzewiaste, znane z Władcy Pierścieni, i te nasze, z Sudetów i Karpat). Gromadzimy dla przyszłych pokoleń zapomniane odmiany żyta i jabłoni oraz różne dzikie kwiatki, przez które nie można budować obwodnic. Zaglądamy zbożom do genomu i proteomu. Doradzamy artystom. Nosi nas do Tadżykistanu i innych „stanów”. Kiedyś to nawet zarażaliśmy roślinki kiłą… kapuścianą, a nasi poprzednicy pracowali nad łubinem dla ludzi.

Odwiedzać nas warto bez względu na porę roku. Każdy znajdzie dla siebie coś miłego! Meloman(k)om polecamy „Floralia Muzyczne” oraz inne koncerty w Villi Botanice (Fangorówce). Idealnym miejscem na egzotyczną randkę jest szklarnia Zielony Raj, gdzie za sprawą bujnej roślinności oraz prawdziwych indyjskich posągów poczujemy się niczym bohaterowie Kamasutry. Wegankom i prepersom spodobają się nasze „rolnicze” kolekcje: Warzywnik, Sad Pomologiczny, Kolekcja Ziół Leczniczych i last but not least Dawne Zboża i Chwasty Roślin Uprawnych. Znajdą tam wiele fajnych roślin nieznanych ogółowi działkowców i kucharzy, a przecież świetnie rosnących w naszym klimacie, bardzo zdrowych, czasem nawet smacznych. Nowożeńcy znają i cenią powsińskie plenery od dawna. Nikogo nie dziwi widok panny młodej wnoszonej przez młodego na wierchy naszych „Tatr” czy do różanki. Co roku organizujemy festiwale poświęcone naszym największym ślicznotkom: magnoliom, rododendronom, różom i jabłoniom. Dysponujemy bogatą ofertą warsztatów dla dzieci, seniorów tudzież niepełnosprawnych. Można się nauczyć hodowli roślin w butelce albo profesjonalnej fotografii przyrodniczej. Plastycy uwielbiają nasze widoki, a szmer liści i śpiew ptaków stanowi natchnienie dla kompozytorów.

ADAM KAPLER. Rocznik 1983. Absolwent biologii środowiska na UW. Wielki miłośnik warszawskich lasków, bagien Polesia Lubelskiego i Suwalszczyzny. Człowiek spełniony, gdyż łączy pracę ze swymi pasjami. Na co dzień pracownik Ogrodu Botanicznego PAN w Powsinie, a dokładniej kriogenicznego Banku Genów. W wolnych chwilach i w razie potrzeby działacz Centrum Ochrony Mokradeł, oddziału Warszawskiego Polskiego Towarzystwa Botanicznego i Polskiego Towarzystwa Dendrologicznego. Miłośnik małych ojczyzn miejskich i wiejskich. Wielki zwolennik reintrodukcji gatunków lokalnie wymarłych, jako ważnej składowej uzdrowienia zniszczonych ekosystemów i wskaźnika skuteczności podjętych działań, a równocześnie koła zamachowego mnóstwa dalszych badań podstawowych.