Wszystko jest wspólne?

Jak sobie czasem myślę o tych wszystkich melancholiczkach i histeryczkach z minionego świata, to bierze mnie zazdrość, że ominęły mnie te dramatyczne sposoby leczenia depresji. Strasznie bym chciała, żeby mnie polewano zimną wodą, wiązano, elektrowstrząsano, zawijano. Gdybym się urodziła 200 lat temu, to mogłabym chociaż zostać kobietą po przejściach. Tymczasem zostało mi tylko łykanie piguł i terapia. Kilka miesięcy temu zwiększyłam dawkę leków i teraz szczerze mogę powiedzieć, że nie czuję już nic.

Kiedy piszę te słowa, zbliża się otwarcie tegorocznej edycji Biennale w Berlinie, odbywającego się pod hasłem „We don’t need another hero”. Nie byłam jeszcze, więc nie mogę wypowiedzieć się 100% szczerze, ale publiczne potępianie wielkich gestów wykonywanych z rozmachem wydaje mi się ostatnio coraz bardziej popularne. Kończymy z kulturą poświęceń na rzecz skromności. No wiecie przecież, o co mi chodzi, już chyba o tym kiedyś pisałam. W każdym razie widzę pewne połączenie między moim farmakologicznym otępieniem a mdłą aurą otaczającego mnie świata.

Skromność jest na topie w dużej mierze dzięki artystom i artystkom z mojego pokolenia – pokolenia szerującego. Ponieważ są to ludzie dorastający w przekonaniu, że wszystko nie tylko już było, ale także że wszystko jest wspólne, to oni właśnie wymyślają najlepsze memy. Ta skromność ma jednak dwa oblicza. Pierwsze opiera się na uważności, analitycznym, wręcz akademickim podejściu, dokładnym studiowaniu technik, kontekstów i powiązań. Za przykład niech posłuży nam wizualny esej Olivera Larica Versions, dostępny online na stronie Net Art Anthology. Praca w całości składa się z cytatów i o życiu cytatów traktuje. Wychodząc od ikonoklazmu, Laric rekonstruuje mechanizmy reprodukcji obrazów i powstawania virali, przywołując historię rzeźby Matki Boskiej, która zdjęta w 1608 roku z ratusza w Bazylei, została przerobiona na alegorię sprawiedliwości – Dzieciątko wystarczyło zastąpić wagą. Pojawiający się w pewnym momencie w wideo cytat Foucaulta: There is more work in interpreting interpretations than in interpreting things, mógłby stać się mottem pokolenia szerującego. Po obejrzeniu eseju Larica zrozumiałam, co następuje: po pierwsze, każde udostępnienie zmniejsza siłę oddziaływania obrazu, po drugie, reprodukując obrazy, co prawda ochładzamy je, ale mnożymy konteksty, umożliwiając dalsze szerowanie. Otacza nas więc gęsta i mdła aura, a ludzie i boty poruszające się wewnątrz niej doświadczają apofenii, czyli doszukują się związków i ukrytych sensów w zjawiskach nic nie znaczących. W nawiasie dodam: pozornie nic nie znaczących. Kiedyś apofenia ograniczała się do dostrzegania kształtów w chmurach na niebie, dzisiaj już służy do rozpoznawania we mgle memicznego potencjału.

Tu nie chodzi tylko o pokoleniowy konflikt czy bunt wobec grupy dorosłych, którzy pobłażliwie określają nas słowem „młodzież”. Pokolenie szerujące ma zupełnie inny stosunek do historii i pamięci. Przypomniał mi się cytat przypisywany jakiemuś starożytnemu chińskiemu cesarzowi, podobno prekursorowi masowego palenia książek, który brzmi mniej więcej tak: Ci, którzy ośmielają się oceniać teraźniejszość, używając przeszłości, zostaną skazani na śmierć wraz z całą swoją rodziną.

Metoda to może i radykalna, ale takie podejście popularne jest wśród twórców, którym przyświeca idea skromności. O ile pierwsze podejście określiliśmy jako analityczne, o tyle drugie proponuję opisać krótko jako emotywne. Przejawia się głównie w introspekcji, eksploracji własnych uczuć, odszukiwaniu historii w małych gestach. Za zwrot emotywny w sztuce możemy dziękować, no nie wiem do końca komu, ale komuś, kto zażegnał trwający dekady konflikt między sztukami wizualnymi a teatrem. Ostatni pokaz choreograficzny, przygotowany przez Alexa Baczyńskiego-Jenkinsa i grupę performerów w Fundacji Galerii Foksal, jest tego zwrotu emotywnego świetnym przykładem.

Wychodząc od historii nazwy „Foksal”, performerzy opowiadają o relacji romantyczno-erotycznej. Oczywiście u podstaw pokazu leży misja queerowania historii, o której już pisałam trochę przy okazji obrazów Mikołaja Sobczaka. Ja proponuję jednak odstawić na chwilę ten queerowy kontekst. Zresztą zaciera się on podczas performansu, i to chyba celowo, bo tancerze odgrywają zapętloną choreografię, zmieniając co jakiś czas role. Widzowie mogą jednocześnie obserwować kilka scen romantycznych zbliżeń, i chociaż scenariusz pozostaje ten sam, zmieniają się jego aktorzy – raz jest to mężczyzna i kobieta, raz kobieta i kobieta, raz mężczyzna i mężczyzna i tak dalej. Wiadomo, że płeć nie ma zbyt wielkiego znaczenia dla pokolenia szerującego, bo nie jest żadną tajemnicą. Jest płynna i to, co się naprawdę liczy, to interakcja. Na tym właśnie polega ta skromność: żeby zrezygnować z przypisywania sobie i innym szczególnych wartości, spojrzeć z dystansu i zerknąć do wewnątrz, poszukać czegoś, czym można się podzielić ze wszystkimi, bo sharing is caring.