Czy depresja naprawdę istnieje?

Już Foucault zauważył, że każda epoka ma taką chorobę psychiczną, na jaką zasługuje. W zamierzchłych czasach w Polsce, kiedy psychiatria jeszcze nie do końca istniała, osoby chore na depresję nazywano „smutnodurnymi”, czyli ogłupiałymi ze smutku. Możecie sobie o tym poczytać w książce Miry Marcinów Historia polskiego szaleństwa.

Depresja dla każdego jest czymś innym, najczęściej sprowadza się jednak do smutku, nieszczęścia i lęków. Charakterystyczny dla stanów depresyjnych jest egocentryzm – przynajmniej ja mam poczucie, że wszystko, co się dzieje na świecie nie po mojej myśli, jest wymierzone bezpośrednio we mnie. Ale co jeżeli rzeczywiście tak jest? Czy jeśli jednego dnia dostawca KFC pomyli mój adres i zamiast do centrum zawiezie kubełek do Wesołej, a potem okaże się, że PiS znowu planuje przeforsować skandaliczną ustawę antyaborcyjną, to czy to nie jest kosmiczne, nieszczęśliwe zrządzenie losu, który próbuje mnie znokautować? A może mam paranoję?

Ostatnio coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy depresja naprawdę istnieje, czy to też element mojej paranoi. Coraz więcej moich znajomych ląduje u psychiatrów, znieczula się antydepresantami albo grzebie sobie w dzieciństwie pod okiem terapeutów. Czy to możliwe, że w dzisiejszych czasach wszyscy żeśmy ogłupieli ze smutku? Skoro nikomu nie można ufać, to jak mogę zaufać samej sobie?

W smutnych czasach zazwyczaj kariery robią teorie spiskowe i konfabulacje bazujące na kolektywnych fobiach. Ilekroć pójdziesz na wystawę i masz poczucie, że artyści z ciebie po prostu drwią, to wiedz, że coś się dzieje. Im więcej okazji do oglądania sztuki, tym częściej zaobserwujemy lęk przed sztuką współczesną, przejawiający się w głośno wyrażonych przez obserwatora przekonaniach, że sam mógłby to zrobić lepiej. Brzydkie obrazy, zamówione u podwykonawców instalacje i głupawe artystyczne gesty to zaraz obok smutku, strachu i pragnienia odosobnienia objawy zbiorowego epizodu depresji oraz zaburzeń lękowych z napadami paniki.

Wiecie, że ja dużo myślę o przyszłości, a właściwie bardziej się o nią martwię. Muszę oglądać sztukę, która próbuje naprawiać błędy już popełnione przez historię. Dlatego jednym z moich ulubionych artystów jest Mikołaj Sobczak, a niedawno do tego grona dołączył Sybren Renema. Gdy tylko weszłam do galerii LETO, pierwsze, co zobaczyłam, to wielki, zimny, neonowy napis: „GREAT GOD! THIS IS AN AWFUL PLACE”, i pomyślałam sobie, że tak właśnie jest. Są takie dni, że wstaję rano, i chociaż świeci słońce i jest już wiosna, to na samą myśl o tym, że miałabym wyjść z domu i zmierzyć się ze światem, normalnie robi mi się niedobrze. Według starodawnej charakterystyki człowiek smutnodurny to niebezpieczny odludek, nocami nie śpi, tylko się włóczy po cmentarzach czy pustkowiach, nie je, nie pije, i czasem bez powodu rzuca się na innych ludzi. Często jednak osoba troszeczkę ogłupiała ze smutku jest geniuszem lub wybitnym twórcą. Sybren Renema na przykład wysłał w kosmos kawałek drewna z brytyjskiego statku RSS „Discovery”, który na początku XX wieku wyruszył na Antarktykę pod dowództwem Roberta Falcona Scotta. Smutnodurni mają skłonności do romantycznych gestów, a ponieważ żyją raczej na obrzeżach społeczności, to raczej nie boją się stawiać wielkich kroków dla ludzkości. Fragment „Discovery” wystartował w kosmiczną podróż dokładnie z tego samego miejsca, z którego wyruszył na biegun, i chociaż nie opuścił stratosfery, to dopełniło się jego symboliczno-romantyczne przeznaczenie. Marzeniem Scotta było zdobycie bieguna południowego, i wiecie, co się stało, gdy dotarł do celu i okazało się, że tę drogę pokonał już wcześniej statek norweski? Zgadza się, kapitan, zgłupiawszy ze smutku, zakrzyknął: „Dobry boże! Co to za koszmarne miejsce”. No dobra, nie wiadomo, czy zakrzyknął, ale zapisał tak w swoim dzienniczku.

Ponieważ lubimy głównie te kawałki, które już znamy, odkrywanie nowych obszarów często wzbudza emocje mogące prowadzić do napadów psychotycznych i zmyślania. Weźmy przykład Carlosa Castanedy – ojca chrzestnego ruchu New Age, kontrowersyjnego antropologa i sekciarza. Zanim Ryszard Kapuściński zmyślił swoje reportaże non-fiction, w tym samym gatunku nieprawdziwej literatury faktu Castaneda opublikował kilkanaście książek opisujących jego rzekome spotkania z rzekomym szamanem don Juanem z plemienia Yaqui.

Dwa lata temu szlakiem Castanedy wzdłuż Missisipi wyruszył niemiecki etnolog i artysta Cyrill Lachauer. Tak powstał film Dodging Raindrops. A Separate Reality. Dla Lachauera fikcją są w równym stopniu Przygody Tomka Sawyera, pisma Castanedy oraz fakt, że prezydentem USA nagle został tłusty stary głupek w pomarańczowym tupeciku. Jednak postacie występujące w jego wideo – podobnie jak kawałek drewna z RSS „Discovery” – są jak najbardziej prawdziwe, chociaż żyją w osobnej rzeczywistości, na tak zwanych obrzeżach, czyli obszarach znajdujących się poniżej poziomu godnego życia. Lachauer w swych przedstawieniach nie buduje kompletnych portretów psychologicznych; wręcz przeciwnie, jego bohaterowie wydają się przedstawieni fragmentarycznie, jak w starej, dobrej antropologii, gdzie „okaz” służy tylko do zilustrowania tezy badacza. Problem jednak polega na tym, że oglądając prace niemieckiego artysty, nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy to jego bohaterowie, czy my sami doświadczamy halucynacji. Wiadomo przecież, że antropologia, podobnie jak geografia, psychiatria czy inne dziedziny nauki, nie jest w stanie w sposób obiektywny opisać rzeczywistości. Dlaczego więc ze sztuką miałoby być inaczej?