Pracownik cienia

Wreszcie, po półrocznym procesie rekrutacyjnym, wyłoniono Marka, następcę Pawła, który też kiedyś był następcą – konkretnie Adama, jednak nie w prostej linii, bo Adam pracował formalnie w innym dziale, pod panią kierownik Teresą, w pionie pani wicedyrektor Małgorzaty. Pewnego dnia jednak, cztery lata temu, pani wicedyrektor poszła na trwające do dziś zwolnienie z powodu choroby afektywnej dwubiegunowej, a dyrektor, w obawie przed zachwianiem się równowagi wpływów, nie powołał nowego wicedyrektora, lecz zamiast tego nieformalnie rozdysponował obowiązki pionu do innych pionów, korzystając przy tym z użytecznej kategorii zespołów projektowych, realizujących zadania, które nie mają początku ani końca i są tym samym niemożliwe do ukończenia. Mówiono o tym: struktura cienia, projekty cienia, pracownicy cienia.

Marek wyłonił się więc od razu do cienia. Był pierwszym w biurze cieniowym tubylcem. Trochę do tej roli nie pasował, był bowiem „niesłychanie cielesny”, jak to określiła Ania, komentując w schyłkowej fazie lunchu jego sposób jedzenia zupy pomidorowej z kluseczkami rotelle. Jednak, pomijając ten fizyczny drobiazg, z cieniem było mu, moim zdaniem, a także zdaniem Marcina, do twarzy, sprawiał bowiem wrażenie, że – jak to ujął Marcin – warstwę cienia nosił od zawsze pod skórą. W pierwszych dniach w biurze Marek przywdział wprawdzie uśmiech ochronny, ale nie miało to większego wpływu na antymagnetyczne oddziaływanie jego podszytego cieniem ciała. Gdy pierwsza ciekawość została zaspokojona, wokół Marka robiło się coraz puściej. Można się było spodziewać, że niebawem zacznie otwierać drzwi nogą, a pewnego dnia, gdy będzie oglądał skróty meczów ekstraklasy, celowo odłączy słuchawki, a echa stadionu w Gliwicach poniosą się po ołpenspejsie.

Na szczęście Ania od razu polubiła Marka. Gdy czwartego dnia wpadł w stupor nad ekspresem produkującym legendarnie obrzydliwą, smolistą kawę, spytała go, czy wszystko jest okej. Spoko, odpowiedział. Tylko nie dostałem wody do espresso. Westchnął. Jezu, żart, powiedział. Słabo mi. Alergia na humor. Poważnie. Na przykład na zebraniu, jak ta, co robiła prezentację – Gabriela? Gabriela. Jak Gabriela pokazała skriny z naszego fejsbuka i powiedziała: „Jak widać panuje tu cisza i marazm. Co nas uratuje? Otóż proszę państwa – gify”. I jak potem włączyła tego gifa. O jezu. Myślałem, że mi się uleje, powiedział. Ania wysłuchała go poważnie i powiedziała, słuchaj, Marek, przyszedłeś tu w zastępstwie Pawła, z którym zawsze chodziliśmy po lunchu na kawę do kawiarni za cmentarzem, więc pozwól, że cię tam zabierzemy. Mają duże okno i wodę podają zawsze naprawdę ekstra lodowatą.