Skradzione życie drzew

O tym jak grupa artystów zawiozła drewno do lasu i co z tego wynikło pisze Rafał Żwirek, który wszystko na własne oczy widział, bo brał udział w tej akcji

Fot. Darek Żukowski

Są czynności nieprzydatne, zbędne, takie, z których nic nie wynika – może poza tym, co nazywa się marnowaniem czasu. Ale czas, zwłaszcza ten zmarnowany, stanowi dużą część naszego życia, być może większą niż sen. Każdy zna przecież kilka osób, które śpią krótko.

Taki czas, pozbawiony sensu i spędzony na czynnościach również sensu pozbawionych, dobrze opisuje powiedzenie o „wożeniu drewna do lasu”. Fraza ta ma inne jeszcze znaczenie – opisuje produkowanie czegoś, czego i tak jest już wystarczająco dużo i co nikomu do niczego nie jest potrzebne.

Kiedy przyjrzymy się działalności prowadzonej ostatnio przez Lasy Państwowe, zauważymy ciekawy fakt. Las służy dziś głównie do tego, by go wyciąć i zredukować; to swoiste zaburzenie może wymusić paradoksalną redystrybucję – jedynym celowym i sensownym działaniem okaże się ponowne wożenie drewna do lasu! Ta właśnie interesująca sytuacja posłużyła jako inspiracja dla Życia drzew – wspólnej akcji artysty Pawła Althamera, Grupy Nowolipie, studentów warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych i paru przyjaciół.

We wrześniu 2016 roku Paweł Althamer przyjął zaproszenie, by przez rok poprowadzić gościnną pracownię na Wydziale Rzeźby ASP w Warszawie. Przyjmując je, miał pewne opory – kiedy jednak upewnił się, że ma absolutną swobodę działania, a akademia głęboko wierzy, że przez rok nie zdąży zasiać ducha rebelii w jej murach, natychmiast zaprosił Grupę Nowolipie, a z czasem także gromadę przyjaciół i współpracowników. Jako materiał podstawowy celowo wybrał drewno – poza oczywistym kontekstem tradycyjnej rzeźby w drewnie i setek lat tradycji tejże wystarczy rzut oka za okno, by zobaczyć, że lex Szyszko zbiera swoje żniwo nie tylko w lasach. Historia ta ma oczywiście więcej podtekstów. Najważniejszym jest dyskretna obecność pewnej rzeźby w państwowym ognisku artystycznym na warszawskim Nowolipiu, gdzie na stałe zadomowiła się Grupa Nowolipie i gdzie Althamer bywał co tydzień przez ostatnie 25 lat. Rzeźba ta – postać dziewczyny zakrywającej dłońmi twarz – stała sobie w korytarzu ogniska „od zawsze”. Kilka lat temu w Grupie Nowolipie pojawił się pomysł, by dodać jej jakieś towarzystwo, wydawało się bowiem, że dziewczyna rozpacza i celebruje smutek. Pojawiła się nawet nazwa rzeźby – od tamtej pory nikt nie nazywał jej inaczej niż Smutną.

Fot. Darek Żukowski

Grupa szybko zrealizowała swój projekt: powstało kilkanaście szkiców kolejnych postaci uzupełniających Smutną i nadających jej nowe znaczenia – od zawstydzenia, zabawy w chowanego czy codziennej toalety po zdecydowanie depresyjną reakcję na świat. Przy całym mocno szalonym bogactwie wyobraźni członków grupy narodził się jednak pewien problem: nikt nie był w stanie wyrzeźbić swojego pomysłu. Działo się tak z jednego prozaicznego powodu: grupa skupia osoby chore na stwardnienie rozsiane i choć u poszczególnych jej członków stopień zaawansowania choroby jest różny, to jednak z automatu wyklucza użycie podstawowych rzeźbiarskich narzędzi, takich jak dłuto czy pobijak. Szkice odłożono zatem do archiwum. Kiedy nagle pojawiło się zaproszenie ze strony ASP, projekt nabrał dodatkowych znaczeń. Althamer zaproponował swoim studentom radykalnie kolektywny plan: stworzenie serii rzeźb skupionych wokół kopii Smutnej na podstawie szkiców członków Grupy Nowolipie i w ścisłej współpracy z nimi.

Z jednej strony propozycja ta stała w kontrze do modelu nauczania dominującego na akademii, skoncentrowanej na indywidualnych karierach studentów, z drugiej – była kolejnym poszerzeniem i doświadczeniem pola „przestrzeni wspólnej / własnej”, którą Althamer wyniósł przecież z tej samej instytucji. Sam pomysł umieszczenia gotowych rzeźb w lesie był nie tylko reakcją na aktualną sytuację, ale również następnym szczeblem edukacji studentów. Pracowali bowiem nad nieswoimi (lub: nie tylko swoimi) projektami i musieli podzielić się talentem z kimś innym, a do tego nie wpisywali się w żadną z rozpoznawalnych i typowych strategii świata sztuki, których celem jest takie pokazanie gotowego dzieła, żeby można było je sprzedać.

Po roku pracy i przygód – co jest tematem na zupełnie inną opowieść – interpretacje rzeźb ze szkiców Grupy Nowolipie były gotowe. I tu wracamy do przysłowia i fundamentalnego pytania: czy warto wozić drewno do lasu? Odpowiedź na nie – zwłaszcza wobec opisanych dalej wydarzeń – wydaje się jednoznaczna. Nim jednak ją poznamy, zobaczmy, jak potoczyły się dalsze losy Życia drzew.

Po pierwsze: znalezienie odpowiedniej lokalizacji, w której dałoby się wyeksponować całą grupę rzeźb, okazało się dość trudne. Miejsce to nie powinno było leżeć zbyt blisko Warszawy – jedną z narracji była bowiem podróż. Jak wiadomo „wożenie” jest poniekąd tożsame z „jeżdżeniem”, a przez to również z „podróżowaniem”. Owo miejsce powinno było również być niedostępne lub dostępne jedynie po pokonaniu szeregu przeszkód (w marzeniach Althamer zakładał wręcz użycie wojska i pontonów), ale jednak nie na tyle, by osoby poruszające się na wózkach nie mogły tam dotrzeć z pomocą innych. Powinno było być także pozbawione zbytniej ingerencji cywilizacji, opanowane przez naturę i przez nią zdominowane. Ten trzeci warunek – w świetle tego, co działo się ostatnio w Puszczy Białowieskiej – został uznany za mało realny, lecz ważny w kontekście przyszłości. Ostatecznie powyższe warunki spełniało nadleśnictwo Waliły, którego włodarz, nadleśniczy Krzysztof Bozik, okazał się miłośnikiem sztuki – rozumianej głównie jako dziewiętnastowieczne malarstwo batalistyczne.

Nie powinno oceniać się ludzi przez pryzmat ich gustów, wobec czego fakt ten nie wzbudził niczyich podejrzeń – a szkoda. Nie wyprzedzajmy jednak faktów. Ostatecznie w połowie czerwca 2017 roku Paweł Althamer, studenci i przyjaciele dotarli na miejsce. Przy użyciu ciężkiego sprzętu – najcięższa z prac ważyła bowiem 1,5 tony – rzeźby przetransportowano z akademii na pogranicze Puszczy Knyszyńskiej.

Nie było łatwo. Padał deszcz, leśne drogi zostały rozmyte, błoto wdzierało się wszędzie i panował przenikliwy chłód. Jak na tych batalistycznych obrazach celebrujących narodowe katastrofy. Ale w końcu się udało: Grupa Nowolipie dojechała na miejsce. Liczba osób na wózkach inwalidzkich okazała się zresztą na tyle duża, że można było urządzić terenowy wyścig wózkowiczów. Głęboko w lesie powstała grupa rzeźb trochę skupiona wokół Smutnej, a trochę ją ignorująca. Bez wątpienia jednak czujne usytuowanie rzeźb w stosunku do siebie piętrzyło narracje i kody możliwych interpretacji. Drewno powróciło do domu i zgodnie z założeniami projektu pozostało jedynie czekać, aż natura dokona reszty dzieła – aż rzeźby rozpadną się, porosną grzybami i mchami, pokryją się tkanką lasu i czasu.

Fot. Darek Żukowski

Odbył się huczny wernisaż połączony z różnymi działaniami. Korci mnie, żeby napisać o tym więcej, ale redakcja NN6T jednoznacznie dała do zrozumienia, że jak złośliwie i z nazwiskami, to jednak raczej do „Szumu”. Kiedy więc wszystko już się dokonało i nastał nowy dzień, poszedłem wczesnym rankiem pokontemplować rzeźby w samotności. W lesie unosiła się mgła, słońce nieśmiało pobłyskiwało przez gałęzie. Było na maksa romantycznie, choć przecież z drugiej strony na kacu każdy staje się bardziej wrażliwy i drżenie byle gałązki może wzbudzić metafizyczny niepokój. Przywiezione rzeźby już wtedy wyglądały tak, jakby stały w lesie od zawsze. Pomyślałem, że warto będzie przyjeżdżać do Walił o różnych porach roku, przyglądać się temu starzeniu rzeźb, że tło lasu będzie za każdym razem inne. Taki zresztą właśnie był zamysł autorów projektu

Kilka tygodni później okazało się jednak, że pewnych nawyków nie da się przezwyciężyć. Jeżeli ktoś całe życie zajmował się wywożeniem drewna z lasu, to sytuacja odwrotna jest sytuacją niebezpieczną i zaburzającą ustalony porządek. Leśnicy postanowili przywłaszczyć sobie część rzeźb (w tym również Smutną) i tradycyjnie wywieźli je z lasu, dekorując nimi swoją kancelarię – mały i brzydki budynek otoczony jeszcze brzydszym metalowym ogrodzeniem, takim, jakim w miastach otacza się czasem śmietniki na blokowiskach. Zrobili to po swojemu, brutalnie, uszkadzając jedną z rzeźb, a pozostałymi dekorując narożniki kancelarii. W świecie sztuki odczytano by to jako świadome odwołanie do estetyki krasnali ogrodowych i celową grę z widzem. W świecie Lasów Państwowych estetyka taka jest jednak szczytem wizualnego wyrafinowania i o żadnej grze nie ma tu mowy. Być może jest to zapowiedź przyszłości, zwiastun nadchodzących wydarzeń. Nie powinniśmy się temu bezczynnie przyglądać.

 

Rafal Żwirek – prekariusz sektora kultury. Zajmuje sie filmem, fotografią i rzeźbą. Współpracuje z wieloma słynnymi artystami zwiększając ich kapitał symboliczny.

Artysta Paweł Althamer współpracuje z działającą od 1995 r. Grupą Nowolipie od wielu lat prowadząc warsztaty twórcze z osobami chorymi na stwardnienie rozsiane. Prace Grupy Nowolipie były prezentowane na wystawach w wielu instytucjach sztuki. Między innymi wykonana wspólnie z Althamerem fontanna parkowa Sylwia – wężowłosa kobieta leżąca na wodzie, której każda część została zaprojektowana przez innego członka grupy – znajduje się w Parku Rzeźby na osiedlu Bródno w Warszawie. Grupa Nowolipie działa przy Państwowym Ognisku Artystycznym na ulicy Nowolipki na warszawskiej Woli stosując sztukę jako formę terapii i rehabilitacji.